Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sabat blady sabat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sabat blady sabat. Pokaż wszystkie posty

25.9.08

Sączysz swoje jadowite złośliwości?

...spytałam koleżankę M., która owinąwszy się w fioletowy szal wyglądała jak babcia Weatherwax, czytała swojego pierwszego Pratchetta i próbowała odeprzeć atak mentalny przypuszczany na nią z projektora w sali przez uczestników programu You Can Dance.
-Ahaś! - odparła radośnie. No lubię dziewczynę!

Czarownice moje najmilsze: sabat w sobotę u Mag.gie. W programie knucie wycieki do Oświęcimia, produkcja panter śnieżnych i żuków gnojarków oraz postponowanie bliźnich ("Z bliźnim możesz się zabliźnić" - kto to napisał? Hę?).
Uprzedzam lojalnie, że mogę być padnięta na ryj z powodu nadgodzin, jakie wzięłam na weekend. Stałam się bowiem rasową pracoholiczką :D

23.5.08

Zasada numer fefnafcie

Do Mag.giAardów nie przychodzimy w czarnych ciuchach. Pola zdecydowała się mnie polubić, wręczyła (właściwie - wpyszczyła) mi Kaczyńskiego do rzucania i tarmoszenia i nawet w ferworze zabawy dała się raz czy drugi przegładzić po łbie.
Zawsze wiedziałam, że pachnę jej dobrym psem!
Pola jest biszkoptowa w kolorze i takież kłaczki zostawia na ubraniu. Stąd nauczka, by jednak przeprosić się z jasnymi spodniami następnym razem (lub, za namową Mag.gie, przebrać się w dres).
U czarujących gospodarzy - knucie ewentualnych wspólnych planów urlopowych. Na razie o tym sza. Oraz wspieranie Aarda w pakowaniu się do kolejnej wyprawy. Oraz snucie wspomnień ogólnych tudzież pracowych. Oraz zjadanie lazanie nie na śniadanie. Oraz siedzenie nieprzyzwoicie długo, ale się tak dobrze rozmawiało...!

Z ogłoszeń okołosabatalnych
(Aarda prosimy nie czytać, bo znów będzie o stanikach):

Dywersyjna Akcja Stanikomaniakalna zaplanowana jest na niedzielę w Manufakturze. Będzie ona polegać na łażeniu po i pytaniu sprzedawczyń o nasze rozmiary (Szpro: 65G ze wskazaniem na 60I, Miau: 85K, Kotbert: chuj wie co, ale pewnikiem jakieś 65E albo 60G, Breble - nie mam pojęcia i Mag.gie - do obmierzenia, na oko 60E) i ewetualnym prezentowaniu na Szprocie namacalnego dowodu, że takie rozmiary istnieją.Wstępny udział zadeklarowały Miau, Kotbert (jeśli jej ewentualny wyjazd nie wypali), Breblebrox i jej wściekła... chęć na czekoladę :P oraz - tak, tak - jednak Mag.gie. Jaka by wam gadzina fungowała? 17:00, 18:00?

Jutro do pracy, do pracy, do pracy! Hej ho.

21.5.08

Capo o hitlerowskim ryju

I resztą boskiego ciała ozdobionego żółtym fartuszkiem w kwiatuszki, czyli Miau, usiłowała zagonić mnie i Breble do garów.



Na szczęście, kiedy zobaczyła, jak dydolimy skórę od boczku, załamała nad nami umączone, spracowane ręce i kazała siedzieć, nic nie robić i ewentualnie nie przeszkadzać.



Narobiła kluseczek jak dla pułku wojska (ja wiem, że Kotbertu ta sąsiedzka skleroza względem zalania wypadła nagle, ale temu, co mi na dziś zostało nie podołałaby w żadnym stopniu. Ja wchłonęłam jakąś jedną trzecią i mam ponure myśli), z tym, że smaczniej. Dużo smaczniej. Borys tymczasem stał się nieopanowanie towarzyski. Zostałam uszczęśliwiona długopisem wielofunkcyjnym w kolorze violet z greenem, zwieńczonym napalczastą figurką czarownicy z dwoma lewymi rękami. Nakładka z czarownicą kryje psikacz z kwaśnym jak nieszczęście soczkiem (kotom też nie smakował i obruszały się na psiknięcie). Ale tak poza tym to normalny długopis.
Czarownica na długopisie i na podobnym mojemu pisadle Borysa Człowiek-Rzekotka wzięli udział w spektaklu o scenariuszu i reżyserii Borysa, charakteryzującym się niezliczoną ilością sezonów i rekwizytów pod postacią składanego morza, wyspy z palmą i gitar topionych. Dziecku się podobało. Mnie, przyznam szczerze, też. W każdym razie daleko bardziej od dydolenia skóry od boczku.



Generalnie sabat z tych udańszych. Ma ktoś pustą buteleczkę z pędzelkiem po lakierku do paznokietków, kurweczka maciczka? Miau ma mi odlać przecudowną odżywkę, po której paznokcie przenigdy się nie łamią.
I kto mi zajebał "Nikt nie wyjdzie stąd żywy", się pytam grzecznie, hę? W żadnych typowych i nietypowych miejscach dla ksiażek w mojej hacjendzie nie ma, więc chyba jednak musiałam pożyczyć, zwłaszcza że nie widzę również zbiorku poezji Morrisona.




Dziś pogrzeb mamy Moostanka. Nie chcę tu snuć przesadnych wspomnień, dość rzec, że mieszkałam z nią przez kilkanaście miesięcy, więc była mi bliska. Zimno, mokro i smutno. Ale, jak zauważył Moostank, już nie cierpi, więc jej jest na pewno lepiej.

19.5.08

Wpis stanikomaniakalno-depresyjno-obsesyjny

No bo się szalenie cieszę, że mam to tango II. Jest śliczne. Ma listeczki. Miluchne jak dla mnie w dotyku. Mięciutkie jak kaczuszka, kordełka i podufka. Mój Pierwszy Stanik W Nowym Rozmiarze. Warp cztery, piąta międzygwiezdna, Mr Data, take us from here, panache tango two.
A minusy. Buły podpachwowe. Miseczki wypełniłam ze szczętem i się teraz martwię, że zaraz będą za małe. Obwód albo źle se wymierzyłam, albo schudłam w międzyczasie, bo bez trudu mogę się zapiąć na środkowe haftki, więc zaraz wyrosnę!! I co ja wtedy pocznę, jezusie nazareński i prawdopodobnie jeszcze laboga.
I stanik jest ochlapus, gdyż pije. Niedużo. Pod pachami. Przy poluzowaniu obwodu mniej.

Ponadto, drogie moje czarownice, sabat jutro. W planach przerabianie Breble na wąpierzę, smakowanie kluseczek Miau i czczenie tanga.

1.5.08

Makfyma trafił flak

A było to tak:
z okazji święta pracy niektórzy ludzie, uważani kiedyś przeze mnie za normalnych, dopóki nie dołączyłam do ich grona, mają wolne. Takoż ma Miau, Kotbert tudzież Karolina. Z poduszczenia Miau, niesytej sabatów, gdyż ostatni ją ominął z okazji warszawskich wojaży postanowiłyśmy spotkać się m.in. z dwoma żyrafami, czyli mówiąc prościej połączyć przyjemne z pożytecznym: odbyć sabat i zabrać Młodego do zoo.
Do zoo dojechałam Maksymem, w stylu szprocim czyli chaotycznie i wariacko, ale do celu. Tym razem udało mi się nie skręcić z Al. Włókniarzy w Konstantynowską, u zbiegu której to ulicy wraz z ulicą Krzemieniecką znajduje się zoo, a wręcz przeciwnie, pomknąć radośnie, choć już jakby z pewnym trudem aż do Wróblewskiego. Wróblewski mi się nie spodobał, zwłaszcza że Aleja Włókniarzy zmieniła się w Aleję Jana Pawła. Drugiego.
Tu muszę dodać, że szalenie kocham swój telefon, gdyż ostatnimy czasy wgrałam mu sporo aplikacyjek związanych z lokalizowaniem i mapowaniem. Tak i teraz odpaliłam mapkę Łodzi, poszukałam się, poszukałam Konstatynowskiej, wyrzekłam kilka złych słów po polsku, dałam smsa Miau, że jeszcze z 10 minut i ruszyłam w odwrotnym kierunku.
Ta małpa Konstantynowska postanowiła drugi raz mnie ominąć i tym razem rzucił się na mnie bęcwał Bandurski wraz z kretynką Krzemieniecką. Do zoo dojechałam nadziawszy się jeszcze na idiotkę Retkińską. Na szczęście czarownice nie trwały w nerwowym oczekiwaniu i nie miotnęły w moim kierunku słów pretensji i opisu tej nieodpowiedzialnej osoby, na którą się czeka prawie pół godziny. Wprost przeciwnie, żarły gofry, które wystąpią w szprotokole (to jutro, Karolina musi mi zdjęcia), a Miau frytki do tego.
W zoo trzasnęła mnie cholera za ladą, co rzekła, że tu z rowerami nie wolno, bo jakoby zajmują za dużo miejsca. Ciekawa rzecz, że wózki dziecięce spacerowe, rowerki trójkołowe tudzież motorki z napędem elektrycznym - nie. Babska nie udusiłam tylko dlatego, że była za okienkiem, strapiony cieć, który też oberwał, tłumaczył zmartwiony, że wie pani, to przecież nie ja wymyśliłem i zaprowadził nas do stojaczka. Obiecał, że popatrzy. Od razu mogę powiedzieć, że nie wiem, czy patrzył, ale prócz Maksyma później stały jeszcze ze dwa rowerki, więc chyba dałam dobry przykład. A swoją drogą tłum przez zoo przewalał się taki dziki, że nie wiem, czy nie było lepiej niż jeździć im kołami po piętach.
W sumie jaki mógł przyjść do zoo tłum, jak nie dziki?
Zoo jak zoo. Generalnie nie przepadam, choć nie nienawidzę. Tkwiła we mnie zresztą myśl o Maksymie. Zwierzęta nie dawały żadnych pokazów pożycia, pewną atrakcją był paw, którego Borys w przypływie natchnienia sprowokował do prezentacji ogona (uniósł kurtkę nad ramionami na wzór i paw zareagował!), a na papugi Miau wrzeszczała, że może mordy, bo my tu chcemy spokojnie wypalić. Swoją drogą z rowerem nie można, a palić w tej dziczy gimnazjalnej (określenie Miau?) można. Hm.

tu było zdjęcie, a na nim trzy znudzone czarownice, nie licząc popcornu, ale Karolina poprosiła wykasować. Zastępuję je trzema poruszonymi czarownicami, przy czym Szprota wykazuje przejaw kobiecości (i , teraz to widzę, wspaniały przykład niedopasowanego stanika z przymałymi miseczkami). Photo by Karolina - dzięki ;-)



Powrót względem trasy wypadł już całkowicie normalnie i nawet przez chwilę mnie dziwiło, że ot tak wsiadłam i dojadę bez żadnych przygód. Ale w kole coś jakby tarło, a i pedałowało ciężej. W jedną stronę składałam to na karb wmordewindu, ale w powrotnej drodze? Niby nie ma przepisu, że nie mógł zmienić kierunku, niemniej frapowało mnie tarcie. No i jak pomacałam Maksa po tylnym kole, wyszło szydło z worka. Ciekawe, czy załatwił nas ten kretyński krawężnik przy przecięciu Włókniarzy z Długosza, czy coś innego? Szkła wszak nie było, no, dwa dni temu w pobliżu Ronda Korfantego, ale to by poszło od razu, a tu się sukcesywnie powietrze spuszczało do imentu. Nie rozstrzygnę. Maks był na tyle przyzwoity, że pokazał koło w pobliżu stacji benzynowej, więc podeszliśmy pod kompresor, nieco stremowani, bo używaliśmy go pierwszy raz. Jakoś poszło, ośle, opona wzniośle się wydęła i po 20 przejechanych metrach smętnie sklęsła. Więceśmy podreptali z buta - oceniam spacerek na jakieś 4 km, w tempie, jak się okazało, 5 km/h.
Ciekawe, czy jutro znajdę jakiś czynny serwis w pobliżu. W najgorszym razie - GoSport w Manu.

Jutro znów sabacik, tym razem u Mag.gie. Zapraszam.

26.4.08

Raport z inhumacji zdusza

Waga: 45 ton. Wymiary: obce. Cechy szczególne: obślizgłe macki mrowiące kark i usztywniające pas barkowy. Bytowanie: in your heeeeeeeeeaaaaaaaaaaad, in your heeeeeeeeeeaaaaaaaaad.
Sposób eliminacji: początkowe młócenie starożytnym sihillem w wodę dało efekt dodupny. Nieco skuteczniejsze było oplotkowanie zdusza, który poczuł się nieco zagrożony i zaczął taktyczny wycof. Najlepszy efekt przyniosło jednak potraktowanie go bronią chemiczną pod postacią ipuprofenu zawartego w małej, zielonej kapsułce.
Czyli: Szprot zdławił migrenę w zarodku i jest przeszczęśliwy :D

Muszę przyznać, że po ostatnich harcach zęba obcowanie z ciągłym, fizycznym bólem było moim omal codziennym doświadczeniem. Somatycznie: cholerny stres. Naprawdę! Ciało się napina jak pod wpływem solidnego zagrożenia i ta pełzająca, a nomen omen zduszona migrena pewnie była tego efektem.
Psychicznie zaś jakby uczucie upokorzenia i krzywdy. Krzywdę łatwo zrozumieć. Nie mam niestety jak zeskanować jednego szalenie mądrego komiksu o wdzięcznym tytule Mafalda, którego tytułowa bohaterka była dziesięcioletnią osobistością nieprzeciętnie zaangażowaną w sprawy społeczne i zdradzającą feministyczno-lewackie poglądy. Spróbuję to jednak opisać (tych, których nużą opisy, proszę o wciśnięcie scrolla w myszy i trzy energiczne przewinięcia w dół :P). Otóż do Mafaldy podchodzi jakaś podrzędniejsza bohaterka, również dziesięciolatka, wykrzykując w rozpaczy: -Ty i ta twoja słynna równość! A o co chodzi? O to, że głowa mnie boli! Czy kogoś innego boli? Nie! Więc jaka jest sprawiedliwość na tym świecie?!
[oklaski]
A upokorzenie? No bo I don't like the idea that I'm not in control of my life. Nawet jeśli to życie sprowadza się do szalejącego torbiela w zębie czy zdrętwiałego od stresu karku.

A oto czas na ogłoszenie zduszpasterskie:
Drogie moje czarownice.
Sabat w niedzielę.
Chyba u mnie. Knujemy z Mag.gie plan ewentualnej wyrypy rowerowej do Arturówka czy gdzieś tam w plener, więc pytanie do Kotberta i Breble, jak wasze pedały (Miau się warszawkuje).
A w każdym przypadku możemy się zgadać na jakąś 17:00 powiedzmy.
Oczekuję burzy mózgów względem rowerowo-niedzielno-sabatowych planów.

13.4.08

Pokłosie sabatu

Sabat jak niedziela u mieszczańskiej rodzinki: hipermarket (konkretnie Żabka ze sprzedawczynią nawołującą niegdyś do nieeskalowania konfliktu), park (Młody wykonywał narzędzia australopiteka) i kościół (obeszłyśmy go dookoła).
W parku obejrzane i poniekąd docenione zostały: muszla koncertowa - uświetniona brawurowym wykonaniem przez Borysa historyjki o bodaj dwóch robocikach lego, które spotkało nieszczęście;



Cyganka, na której aplauz wzbudziła samotna pompa



i osobliwość architektoniczna będąca skrzyżowaniem remizowej tancbudy, studenckiej chatki w górach i koszmaru;



oraz bijące nie wiadomo kogo źródełko otoczone cuchnącymi bagnami rozpaczy.



Wystąpiły również wiewiórki. One często, jak się okazuje, występują.



Autorką zdjęć jest Miau, serdeczne dzięki :)

Przypominam o sajkoteście - czekamy na odpowiedź jeszcze przynajmniej jednej osoby. Już teraz mogę powiedzieć, że Miau jest bliżej rozwiązania i jest to zgoła niepokojące.

3.4.08

Drogie moje czarownice odcinek kolejny

Sabat w sobotę. Zapraszam do Mag.gie(Aardów) (bez Aarda) na 18:00
W planach kultywacja klubu trzydziestoletnich, czczenie Miau oraz małe białe gołąbki lecące do gołębnika jak małe białe motyle*.

---
* jak to się do człowieka przyplątują parafrazy:
"The Princess has hidden her face behind her fan! Her little white hands are fluttering like doves that fly to their dove-cots. They are like white butterflies. They are just like white butterflies."

Salome
, Oscar Wilde
Tekst zupełnie bezaluzyjny, wyłącznie w celu przydania memu wpisu absurdu.

24.3.08

Czarownice moje drogie

Sabat w czwartek. [update] W piątek, kurwa, w piątek![koniec update'u] Miau zaprasza do mnie. Let's say 18:00.
W programie przekazywanie darów dla chudych szkap.

12.3.08

Z okazji 9-lecia wstąpienia Polski do Nato

Otrzymaliśmy z Maksymem ślicznik i piszczymy z zachwytu nad sigmą.



Jak widać powyżej, przejechaliśmy z nim już całe 7,8 km. Oraz podnieśliśmy o jakieś 3 cm siodełko.
Dziękujemy ci, Aardzie! Specjalnie dla Aarda (i NATO) dedykuję piosenkę:


Z innego kociołka:
Kochane czarownice: sabat w sobotę. Starą dobrą tradycją zapoczątkowaną przez Mażiniaczka "A może wszyscy pójdziemy do Aarda? Ja zapraszam" bez mała pięć lat temu w Łęczycy (ach, to nocowanie na zamku łęczyckim bez poruty i Boruty, ach)- zapraszam ja. Do Mag.gie.

21.2.08

Więc nie zaczyna się zdania od więc

Więc muszę nieco mniej rozstawiać klientów po kątach i jak się czegoś nie da zrobić, to nie pisać im, że bezwzględnie się nie da i ciskać paragrafem z odpowiedniego regulaminu, tylko z żalem powiadomić, że niestety się nie da.
Wykonalne.
Schnę tymczasem pachnąc szamponem, autobus 14:09 (wczoraj nie przyjechał z okazji pogrzebu lotnika z CASY). Muszę jeszcze wymyć kubek na kawę i spożyć jakiś posiłek.
Plan na weekend: w sobotę sabat (Kotbert, Miau, Mag.gie, Breble, do was mówię :P). W niedzielę ujeżdżanie i czczenie Maksyma w wykonaniu Babskiego Koła Pedałującego z Rodzynkiem.

5.2.08

Się zastanawiam

Czy ta eksplozja entuzjazmu względem pracy to dlatego, że coś nowego i za chwilę mi się znudzi, czy to jednak faktycznie robota dla mnie i wreszcie-nareszcie ją wykonuję. W każdym wypadku: fajnie jest. Czas upływa mi na tyle szybko, że dziś ze zdumieniem spostrzegłam na kompie godzinę 13:00 i uświadomiłam sobie, że jeszcze tylko dwie godziny. Rozpatrzyłam 30 pism, czyli ciut nawet powyżej wymaganej normy - mam tylko nadzieję, że dobre tempo, które utrzymuję nie przekłada się na powierzchowne traktowanie spraw klientów. Minio (kierownik) przygotowuje nam feedbacki, tak, że jutro-pojutrze będę miała okazję omówić pierwsze wyniki w tej pracy. Jestem prawie zupełnie pewna, że będą dobre.
Z innych spraw: poszukiwania roweru trwają. Wiele wskazuje na to, że będzie to matrix Authora, ale w piątek jeszcze planuję zajrzeć do Piasty na Puszkina, gdzie spory wybór i dobrzy doradcy. Na pewno nie kupię roweru, do którego się nie przymierzę i nie zyskam pewności, że panuję nad pojazdem - do dotychczasowych rowerowych wypraw (za czasów, gdy miałam jeszcze do dyspozycji rower mamy) zniechęcał mnie fakt, że rower był ciut za wysoki i przez to chwiejny. Burza mózgów z H. i Aardem wykazała, że potrzebny mi jest rowerek więcej terenowy, z grubymi oponami (bo po asfalcie zamierzam jeździć w ostateczności, a nasze polskie drogi i ściechy rowerowe niestety bardziej kojarzą się z jazdą terenową niźli szosową), z amortyzatorami i krótką ukośną ramą. Nie jest natomiast priorytetem szybkość roweru, bo chcę jeździć, a nie zapierdalać, więc mogę sobie pozwolić na nieduże kółka - najchętniej 24'', w zupełnej ostateczności 26''. Przydadzą się dobre błotniki. Bagażnik megaopcjonalnie.
Na pewno coś znajdę :)
Jutro najazd babsko-dziecięcy czyli Miau z Borysem oraz dzisiejsza jubilatka (oczywiście, osiemnastoletnia) Kotbert. Wczorajsze pogaduchy i łasowanie ciasta z Joanną, Agą i jej dwuletnim Piotrusiem uważam za udane - ewidentnie ostatnio mam potrzebę pokultywować solidarność jajników.

10.1.08

No więc Karmel

Niestety bez Miau, na szczęście z Kotbert. Wcześniej kawiarnia. Potem nie wiem. Babski wieczór. Bedzie dobrze.
update nazajutrzejszy
Jednak nie Karmel. Polowanie na grubego zwierza pod postacią kozaczków na obcasie bądź koturnie dla mnie przy wybitnym wsparciu Kotbert. Polowanie na takiego zwierza nie jest łatwe, gdyż muszą zbiec się trzy czynniki: but musi mi się podobać, musi być w przystępnej cenie i musi być w moim rozmiarze (35). Znalazłysmy jedna parę, ktora spełniała dwa z trzech tych warunków, niestety była w cenie nie mieszczącej mi się w budżecie. Czemu nagle jazda na kozaczki - o tym w wieczornym odcinku.

9.12.07

A na niedzielę

najlepsze są babskie pogaduchy, morze fajek i słodycze. Dzięki, Miau :D

A jutro na ósmą. I pojutrze też. Najwyżej na starość się wyśpię.

1.12.07

"Ewakuacja treści żołądka"


...spokojnie, nie w moim wykonaniu, chociaż przeżarłam się słodkościami przywiezionymi przez Miau. To, niestety, owo egzotyczne stworzenie, które ze sobą przywiozła, czyli jej synek Borys (egzotyczne raczej dlatego, że dla mnie każde dziecko jest terra incognita. Kompletnie nie mam z nimi styczności, a co za tym idzie, zupełnie nie wiem, jak się wobec nich zachowywać. Borys był łatwy w obsłudze, zajął się kotami, rysowaniem i wzbudził mój aplauz wspaniałą figurą ptasznika przywiezioną w plecaku). Zaszkodziło coś biedactwu :( Ale muszę przyznać, że trzymał fason - nic się zresztą nie stało - a podsumowanie sytuacji, które z jego ust wyszło, dałam w tytuł wpisu. Nader zręczne :D


Leniuchuję. W czwartek świńskim truchtem pognałam do lekarki na rejon, przerażona zapchanym całym ośrodkiem mowy i lekką gorączką - niby nic strasznego, ale wszak miała to być dwudniowa infekcja! Nie mając zaufania do lekarek z Medaxu* - na tych kilka lat uczęszczania do przychodni chyba ze dwa razy tylko trafiłam na tę samą, a jak tu lekarz ma wyleczyć, nie znając dobrze historii pacjenta? - poszłam, jak rzekłam, na rejon, do kobietki, która leczy moich rodziców, a i mnie z czasów przedpracowych wiodła przez meandry schorzeń i uszkodzeń.
Pani doktor Węglarska rzuciła bacznym oczkiem na stan ogólny, rzekła ciepło "przeziębiło się dziecko?", zajrzała do gardła (bez wtykania tej cholernej drewnianej szpatuły, na którą mam zawsze chęć wyewakuować treść żołądka), zsurowiała i spytała, kiedy byłam u laryngologa.
Przypomniałam sobie, że przy badaniach okresowych, pewnikiem w tym roku. Laryngolożka też była medaksowa, pamiętałam, że popatrzyła w uszy, ucieszyła się, że czyste (no a jakie niby miałyby być?!), oględzin gardła nie pamiętam. Wiem, że mam je zryte, jakby ktoś pogrzebaczem mi zeń ość wyjmował, bo wszak ciągle nim pracuję i palę. I otóż dostałam skierowanie, bo ponoć migdały nieciekawe. Tudzież L4, tylko dzięki moim protestom nie do końca przyszłego tygodnia, a do środy włącznie. Jak również antybiotyk, z tym, że ten już nie dostany, a kupiony za ciężkie 12 zł. Do laryngologa zapisałam się (on-line! ależ już mamy Europę!) na wtorek, antybiotyk dzielnie żrę i chwilowo czuję, że temat chorowania na blogu chyba wypada zamknąć, bo się zaczyna robić poczekalnia tutaj. Czuję się już dobrze, kataru prawie nie mam, ból gardła pojawia się rano i wczesnym popołudniem.

Z innych: przez choróbsko nie wybrałam się do Wodza na parapetówę. Ciut żałuję, ale tak to sobie Elbrusięta uskutecznią samczą imprezę.
W Wysokich Obcasach sążnisty artykuł o forum Fanów Małgorzaty Musierowicz, na którym ja wprawdzie dość biernie, ale figuruje mi w ulubionych. Stosunkowo, wbrew obawom, niewiele uproszczeń. Przypominam tylko autorce, że krytyka nie wyklucza sympatii, a często ją warunkuje.
Trudny fragment w grze Wiedźmin przecheatowałam: napisałam na forum, czy ktoś nie ma sejwa z grą i jeden dobry człowiek nawet nie tyle przesłał mi swojego, co podesłałam mu na jego prośbę swój zapis sprzed walki, przeszedł walkę i odesłał pliczysko z zapisaną grą. Będę na pewno tę grę przechodzić jeszcze przynajmniej raz, więc może następnym razem poradzę sobie sama.

--
* Do Medaxu chodzę dlatego, że firma, w której pracuję, wykupiła mi pakiet usług w centrum medycznym LIM, a Medax jest placówką, która z tym centrum współpracuje. Przy internistach to ma pomniejsze znaczenie, ale inni specjaliści w tej przychodzi, których konsultacje kosztują po kilkadziesiąt złotych, mnie przyjmują darmo.