Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emo. Pokaż wszystkie posty

29.1.11

"Myślałam zawsze, że to piękny i wzniosły stan ducha, szlachetny i godny, nawet, jeżeli unieszczęśliwia. (...) A to jest organiczne, podle i przejmująco organiczne. Tak może się czuć ktoś chory, ktoś, kto wypił truciznę. Bo tak, jak ktoś, kto wypił truciznę, jest się gotowym na wszystko w zamian za odtrutkę. Na wszystko. Nawet na poniżenie." (Andrzej Sapkowski, Trochę Poświęcenia)
Nie żebym doświadczała. Ale nieodmiennie uderza trafnością.

18.4.10

Kwietniowe dni

...będą mi pachnieć Black XS, słodko-pieprzowo i dość mocno, brzmieć "Watch Out" Chrisa Cornella (stał się ofiarą mojego aktualnego celebrity crush'u), czuć sztywnymi od żelu coraz dłuższymi włosami i wyglądać, jak od kilku miesięcy, głównie w fiolecie.

O żałobie nie wypowiadam się, nadmienię tylko, że dla mnie był to generalnie czarny tydzień, bo prócz pasażerów Tupolewa zmarł w tych dniach Malcolm McLaren i Peter Steele, więc zdecydowanie mam dość śmierci osób, o których się myśli jak służąca u Kossaków "Ja wiem, że wszyscy umierają, ale żeby oni też...?"

Wiosna jest dość chłodna, ale dzięki temu jest wiosną w pełni, nie zaś kilkoma dniami przejściowymi między zimą a latem, jak to ostatnio bywało. Dopiero dziś się przydarzył jeden z cieplejszych dni, który uświetniłam miłym spacerkiem do kroćset i z powrotem w towarzystwie Kotbert. Marszruta nasza była zdecydowanie trasą pijanego zająca przez Julianów i Marysin. Na spacerze uwzględniono rozpłaszczonego psa, który po sfotografowaniu przez Kotbert uciekł lamentując, zadziwiającą różnorodność psich szczekań - jeden piesek zdecydowanie odchrząknął, zanim się zabrał do dzieła, zaś inny miał czkawkę - oraz interwencję straży pożarnej. Ostatnio mam ślepe szczęście do oglądania działań służb publicznych, bo w czwartek z kolei tuż przed moim zachwyconym obliczem policja pojmała niedużego, białego dresiarzyka ze znakiem drogowym w ręku (usiłował się zachowywać jakby to nie było jego, tylko tak tu leżało).
Trasa nasza wiodła między innymi po nasypie kolejowym, przy czym Kotbert zaraziła się ode mnie niewywieraniem żadnego wpływu i mimo ich stanowczych żądań żaden pociąg nie przejechał. Z takiegoż to miejsca widokowego oglądałyśmy dzielnych strażaków, którzy nie szczędzili trudu w gaszeniu podpalonych traw i nawet przez chwilę miałyśmy zamiar brawurowo zbiec po nasypie i pogratulować panom udanej akcji. Pomysł zarzuciłyśmy w obliczu braku czirliderskich pomponów, bez których, uznałyśmy, nie wyglądałybyśmy wiarygodnie.
Zahaczyłyśmy również o stację Radegast, które to miejsce mnie nieodmiennie fascynuje. Złożyłam zatem obietnicę odbycia mhrocznego spacerku w tamtą okolicę po zmierzchu i nawet pozyskałam deklarację, że będę mieć towarzystwo (!).

Ponadto z dumą obwieszczam, że nabyłam bilety na Open'er, na 3.07 - będą bowiem grać Skunk Anansie (i Gorillaz).

27.2.10

Zasłużony urlop

W dziwnej może porze, ale wyznam, że lubię mieć wolne na przedwiośniu. Latem i tak - o ile wszystko dobrze pójdzie - wyrwę się do Gdyni z Kotbertem i Karoliną - a że od tego roku mam już 26 dni urlopu, więc wreszcie jest czym zarządzać.

Urlop postrzegam jako wysoce zasłużony, gdyż pomimo niedostania się do programu, do którego assesment miałam w listopadzie - otrzymuję coraz więcej zadań i generalnie staję się co najmniej jednym z palców prawej ręki mojego kierownika. Najprawdopodobniej jednak nie środkowym.

W paru słowach: latem 2009 uległo zmianie prawo telekomunikacyjne. Zobowiązuje ono teraz operatora do utrwalania wszelkich dyspozycji zmian w umowie pomiędzy abonentem a usługodawcą. Innymi słowy mamy praktycznie 100% zgrywalności rozmów z konsultantami. Klienci już to wiedzą i powołują się na rozmowy przy zgłaszaniu reklamacji, co pociąga za sobą obowiązek odsłuchania takiej rozmowy. A że są to rozmowy sprzedażowe, najczęściej nie trwają minuty czy dwóch. Do mnie należy wyszukiwanie tych rozmów w specjalnej bazie danych (zarówno konsultantów biura obsługi, jak i zewnętrznych call centre), udostępnianie ich reszcie zespołu, a w skrajnych przypadkach (czyli wyjątkowo długich rozmów) także odsłuchiwanie ich i streszczanie koleżankom bądź kolegom z zespołu.

Tak naprawdę to ja to cholernie lubię. Lubię wyszukiwanie, nie przeszkadza mi słuchanie rozmów, mam wrażenie, że dystans, jaki zaczęłam w sobie niechcący budować (że hoho, konsultant ds reklamacji to już nie byle kto w porównaniu do konsultanta ze słuchawek) szczęśliwie się zmniejsza, jestem bliżej realnego kontaktu z klientem nie musząc jednocześnie samodzielnie go nawiązywać.

Ale nie da się ukryć, że jest to sporo pracy, a pisma rozpatruję normalnym trybem. Tak więc urlop mi się przyda, bo jednak czułam się już spięta i poirytowana tym, że omamuniu, nie wyrabiam się.

W tym zagonieniu mam teraz tak słaby kontakt ze swoimi emocjami, że właściwie dopiero zupełnie niedawno, w obliczu zaskakujących wydarzeń u moich bliskich, udało mi się skonstatować, że tak, latem zeszłego roku przeżyłam jakieś mocne zauroczenie, które było o tyle istotne, że pokazało mi część mnie, której w sobie nie podejrzewałam i z którą chciałabym poeksperymentować - zaś na jesieni równe mocne rozczarowanie nagłym odrzuceniem. Nie wykluczam, że dotychczas nie przepracowałam swojego gniewu, ale przynajmniej już wiem, z czego się on wziął.

Plan na urlop: wycinam kaszaka z policzka, idę do fryzjera (albo się nieco zapuszczę może...?), ale na pewno coś zrobię z włosami, przyjedzie mi znów Bimbo, być może wybierzemy się razem do Torunia. Poza tym muszę gdzieś pójść poskakać. No i pozaglądać Maksymowi w łańcuchy, linki i oponki, bo mam mocne postanowienie pojeździć w tym roku bardziej niż w zeszłym - w okresie śniegów i mrozów obiecałam sobie solennie uniezależnić się od komunikacji zbiorowej w aktualnym wydaniu tak, jak to tylko możliwe.

Tymczasem: ptasie (w wersji easy, bo milkowe waniliowe, najprostsze do wchłonięcia), grzeje mnie elektryczny piecyk (węglowy popsuty i instalacja dopiero w poniedziałek) i sama nie wiem, co zrobię z tak przyjemnie rozpoczętym wieczorem. Może coś obejrzę. Albo pogram. Albo poczytam Muminki.

16.2.10

Najemsze z emo

bo przecież
przejść przez bagno suchą stopą i jeszcze kałuże przeprosić stopami - da się tak?
chyba tylko wtedy gdy słońce wrzeszczy wśród liści
śni się żółcią w miejscach na błękit
wystarczy ogryźć paznokcie do pięści
drażniące sekundy tańca reklamówki - jeśli widziałeś ten film, umiesz zabijać
a gdy huragan jest z południa to każda łza pachnie powrotem

13.11.09

Gwoli ścisłości: nie jestem normalna

To tak, jakby komu umknęło albo jeszcze dawał się nabierać na te mądry oczy zza okularów, stonowany głos i ogólną aurę rozsądku (cicho, wiedźmy, rzadko mnie widujecie w pracy! :P)
Otóż natknęłam się na dość wdzięczny w swoim niezamierzonym komizmie link o tytule "Irish priest kidnapped in Philippines released by MILF". W dużym skrócie Islamski Front Wyzwolenia Moro wyzwolił irlandzkiego księdza i przekazał go rządowi Filipin w geście dobrej woli. Czymże byłaby jednak treść tej wiadomości bez mojego skojarzenia skrótu MILF, kompletnie bez związku z islamem ani wyzwoleniem. Front ostatecznie. Moro jako rekwizyt. Jeszcze trzy lata i niewykluczone, że sama będę MILF ;)

Aha, a w pracy nie wiem, czy śmiać się, czy płakać, czy kopać po rzyciach. Mam oto w pracy kolegę Z. i kolegę W. Nie powiem, że są jak ogień i woda, bo to by oznaczało, że są w jakiś sposób komplementarni. Tymczasem po prostu różne parafie, różne postrzeganie świata, no nie rozumieją się panowie i jak to panowie - będzie seksistowsko - nie czynią nawet starań, by się rozumieć. Ostatnio pokłócili się o jakąś głupotę i od tamtego czasu mają ciche dni. Nawet "cześć" sobie nie mówią. No jak dzieci, kurwa, jak dzieci.

Gorzej, że siedzą obok siebie w boksie i jakkolwiek nie znoszę harmidru w robocie, bo wychodzę z założenia, że na salwy śmiechu, łaskotkowe bitwy i przekrzykiwanie się jest miejsce raczej w knajpce, to jednak ta cisza też nie jest fajna. Usiedliby przy browarze albo dali sobie po razie, a nie zachowują się jak panienki, którym wytknięto brak cnoty!

17.10.09

Wild Nights! Wild Nights!

Were I with thee,
Wild nights should be
Our luxury.

Futile the winds
To a heart in port
Done with the compass,
Done with the chart.

I było tak, że była zima, godziny w pociągu, które wcale nie męczyły. Graliśmy w "Kalambury" i Marek pokazywał hasło "Sztuczna inteligencja" poprzez kontrast. I czemu mam wrażenie, że tłumacząc to konduktorowi tylko pogorszyłam sytuację, nadal miał niepewny uśmiech w stylu "ty ich zagaduj, a ja zadzwonię po odpowiednie służby"...?
Były z nami dziewczyny z pedagogiki, które w noc sylwestrową częstowały blantem, co wpadł nam w śnieg i suszyłyśmy go nad zapalniczką, by dobra nie zmarnować.

W Ustrzykach Marek suszył buty w kominku, ja i Maciek wyszliśmy na papierosa i nagle usłyszeliśmy grad soczystych kurew i ujrzeliśmy Marka skaczącego na jednej, obutej nodze z drugim butem w dłoni, którego natychmiast wetknął w zaspę. Głowę dam, że słyszałam ten defaultowy syk i zobaczyłam kłąb pary - but uratowano, Marek wyrzucił te buty pół roku później, chyba w Japonii.

Była Ela z patomorfologii, która zawsze przy kolacji żartowała, że zaraz nam powie, jakie zwierzątko zjadamy i na co zdechło.

Wieczorami graliśmy w kierki; przegrywający nabywał grzańca. Najlepszego grzańca robił Adam, umiał dosłodzić odpowiednio i jego kogel mogel był zadowalająco żółciutki.

Któregoś wieczoru Maciek plumkając od godziny zagrał "Konstytucje" Janerki i nagle cała izba zaczęła śpiewać i tańczyć. Bożenka miała cudowny, niski głos: była jedną z tych osób, które umiały śpiewać tak, że człowiek przyłączał się na całe gardło i nie martwił się tym, czy fałszuje. Nadal uważam, że nigdy nie słyszałam równie fanastycznego wykonania "Floty zjednoczonych sił", gdy jedna część izby wyła "zbuduję wielką flotę zjednoczonych sił", a druga "łobijabijetunajt!".

Noce były dzikie i dziką słodycz piliśmy do białego dnia, kryjącego Caryńską we mgłach.
Ech!

31.8.09

Rzadsza jakaś jestem

Ale bo ostatnio raczej nie przytrafia mi się nic, co chciałabym komentować. W każdym razie - szerszej publiczności. Jest praca. Lubię. Dobrze się czuję w reklamacjach, dobre mam relacje z kierownikiem (rzadkość), zaczęło mnie trochę omijać to, co jest udziałem konsultantów ze słuchawek, czyli radosne pomysły managmentu - klasyczne, znane od lat "jak to zrobić, by zarobić, a się nie narobić". Od czasu do czasu jestem wyróżniana jakimś zadaniem specjalnym. Jednym słowem czuję się w robocie doceniana i póki co udaje mi się utrzymać pozory osoby zorganizowanej, uporządkowanej i zrównoważonej (pomijając lot na wysokość lamperii, jaki stał się udziałem kolegi Z. podczas dyskusji o nadwadze).

Są wiedźmy. Tu się nie ma co rozpisywać, trafiła mi się przyjaźń i wsparcie, których ze świecą szukać (zaś z widłami i tłumem rozjuszonych wieśniaków niekoniecznie) i cudowne jest właśnie to, że jedna poprze pełną piersią, druga wyszydzi, trzecia poprze drugą piersią, czwarta skomentuje w fantastycznie absurdalny pomysł, a piąta będzie głosem rozsądku i zwróci delikatnie uwagę na inny punkt widzenia. Domyślności pozostawiam, która co zrobi, role są z grubsza obsadzone :P

Jest żona. Jest jej SBMąż. Są wspólnie spędzane wieczory, z których ostatni, w Iron Horse'ie zaliczam w poczet udańszych i godnych powtórki.

Jest Bimbo dysząca na czacie, z którą mogę pogadać o pewnych sprawach najszczerzej.

Jest jeszcze dom i koty. I ostatnio literatura dotycząca łódzkiego getta.

No i kiedy tu pisać?!

24.8.09

W życiu każdego żółwia jest taki dzień, że musi komuś dać w mordę

Dla mnie taki dzień jest dziś. Poirytowana bywam dość często, ale to są małe irytacyjki, o których po chwili już nie pamiętam. Dziś jednak jestem chodzącym wkurwem, opieprzam koty za to, że miauczą, przyjaciela, że proceduje smsy w tempie naszego działu technicznego, Miau, że nie podobają jej się gotyckie kozaczki, które znalazłam w sklepie Demonii... Jakim cudem this huge disaster ominęła resztę wiedźm i większość świata, sama nie wiem, bo przysięgam, nie hamowałam się specjalnie.
Z drugiej strony lubię mieć tego powera rozszalałej harpii.

Edycja po dość długim czasie: tym, którzy poszukują rysunku Mleczki z tym tytułem, kładę tu rysunek, żeby się nie męczyli:

12.7.09

srebro na palcach więzi wieczność

Mój pusty dom nigdy nie jest tak pusty, a samotność samotna, jak wtedy, gdy wypuszczę już za furtkę ostatnią wiedźmę i zaczynam sprzątać po sabacie.
Z drugiej strony wiem, że ten okres - najdłuższy chyba od czasów liceum - bycia kobietą bez przydziału wykorzystuję dobrze, zajmuję się sobą, odbudowuję zachwianą w ostatnich latach komunikację z emocjami, staram się jakoś na powrót siebie zdefiniować (i chwilami jestem zaskoczona, do jakich etykietek byłam idiotycznie przywiązana) i trzymać się postanowienia, że nie dam upchać siebie, swoich potrzeb i emocji, choćby nie wiem jak irracjonalnych, pod dywan.
Łapię się na myśli, że brakuje mi niekiedy nawet nie namiętności, lecz bliskości z drugą osobą, wiem jednak, że z ową bliskością jeszcze mam problemy, nadal budzi we mnie opór zupełne otwarcie i zaufanie i w związku z tym nie umiem wybalansować złotego środka między skrajnym egoizmem a równie ekstremalnym poświęceniem. Biorę pod uwagę fakt, że nigdy się tego nie nauczę. Szczęśliwie - nigdy się nie nudzę, lubię swoje własne towarzystwo i generalnie lubię być sama.

A wczoraj w Narra było jakoś tak:
Shiny Toy Guns- Le Disko

28.6.09

Przy Manu wybija jedenasta

Nie wiem, jak Wy, ale ja zapamiętuję, rzec by można, synkretycznie; olfaktoryczno-akustycznie. Wzrok ma dla mnie pomniejsze znaczenie.

No więc aktualne wieczory będą dla mnie kiedyś pachniały czerwcowymi, deszczowymi nocami, delikatnie parującymi z murów i chodników miasta; przepoconymi siedzeniami w tramwaju linii 16A, kierunek: Helenówek, odjeżdżającym o 22:25 z krańcówki; pasażerami, wionącymi przetrawionym alkoholem, fajkami, czosnkiem, cebulą i mniej lub bardziej skutecznymi dezodorantami; moim własnym Pure Poison (urzekła mnie ta nutka bergamotki). Będą też brzmiały bełkotem rozmów "Andrzej był porządny gość, mimo że nie pił" "Ona zaczęła się modlić i wyobraź sobie, rak jej się cofnął", "Następny przystanek: Zachodnia - Manufaktura", ćwierkotem i charczeniem dzwonków w komórkach, pipczeniem sygnału rychłego zamknięcia drzwi, syrenami służb porządkowych. Wizualnych wrażeń jest stosunkowo najmniej: wtulam nos w swoje G1, czytam grupę, dopisuję wrażenia; od czasu do czasu w obręb mojego wzroku wejdzie ktoś, kto zechce skorzystać z drzwi za motorniczym, u mężczyzn spoglądam na buty, u kobiet na staniki. Rzadko miewają dobrane. Obie płcie i oba elementy garderoby.
Manufakturę mijam istotnie około 23:00, co rozpoznaję głównie po tym, że sygnalizacja uliczna zaczyna mrygać na żółto.
Mam świadomość przemijalności tych wieczorów: kiedyś zrobi się chłodniej i mniej będzie mi się chciało pokonywać tę kilkunastokilometrową trasę wieczorami; może przestanę tak lgnąć do Miau (nie analizuję tego - widocznie samotność mi jednak doskwiera bardziej niż sama przed sobą jestem gotowa przyznać), może stanie się jeszcze coś innego. Tym bardziej chcę zacisnąć rękę na ich nieuchwytności. Może mi się po trosze udało?

Od dziś mam urlop. Zaczął się masakrycznie, zbuntował mi się organizm i zareagował takim bólem, że prawie zemdlałam, ale potem było tylko lepiej: Festiwal Dobrego Smaku w Manufakturze i wieczór, którego zakończenie starałam się powyżej opisać. Na dysku czeka na mnie drugi sezon "L Word" - zaczeka do jutra, dziś już mam ochotę popłynąć w sen.

Aha, przy okazji ogłoszenie szprotkaniowe: za dwa tygodnie mamy w Łodzi wizytę b00g13go.

13.6.09

Kocia kołyska

Znacie tę zabawę? Potrzebne są dwie osoby.
Przeplata się sznurek lub lepiej gumkę między palcami obu dłoni w określony sposób, druga osoba przejmuje sznurek na swoje palce odpowiednio nimi zahaczając o przeplot... Byłam w tym dobra, jak miałam ze 12 lat (magiczny rok 1989).

[Edycja po długim, długim czasie dla tych, którzy tu trafili szukając wskazówek, jak przekładać sznurek: tu jest instrukcja obrazkowa]

Ale z kocią kołyską mam o wiele dalej idące skojarzenia.
Przede wszystkim: Kurt Vonnegut i jego książka o tym tytule, którą namiętnie czytałam mieszkając u Marka N. latem 2002 (opiekowałam się jego czarnym kotem, 13-kilogramowym Klausem, który w poprzednim wcieleniu był faszystą, a w tym jest... kastratem).
A jeśli Vonnegut, to zdanie: "Każdy, kto chciałby w sposób znaczący zmienić świat, musi legitymować się żyłką showmana, szczerą gotowością przelania ludzkiej krwi i nową, wiarygodną religią, którą zainauguruje podczas krótkiej pauzy skruchy i przerażenia, jaka zwykle następuje po rzezi."
Hej ho.
Nie pamiętam, z jakiej to było książki.
Więc jeśli to zdanie, to happening "Powszechna Wola Zaistnienia", który odbył się w 2000 r. w Pasażu Szprycera.
Dzień wcześniej Piana Złudzeń grała w Ósmym Grzechu - koncert był taki sobie, bo nagłośnienie gorsze niż kiepskie (lepiej słyszałam dźwięk uderzania w klawisze niż sam keyboard!), ale potem wylądowaliśmy w_trójcy_jedyni (ja, Luc i MoTłoh) u Takiej Jednej. Się działo i lało strumieniami. Wtedy to zrealizowaliśmy brzeg wanny, a MoTłoh do tej pory nie może Takiej Jednej zapomnieć.
Happening "Powszechna Wola Zaistnienia" przebiegał zaś tak:
Luc wonczas miał zjazd rodzinny, więc trzeźwiał w Zgniłym Błocie. Usługi wokalne przejął Maciek - najpierw był normalny koncert, potem zaś Marek, powtarzając zacytowane zdanie, przechadzał się pod sceną, powoli zdejmując buty, krawat i marynarkę. Udowadniał tym samym żyłkę showmana. W narastającej ścianie dźwięków rozbił szybę (którą spod serca wyjął mu Maciek) i zaczął się tarzać w stłuczonym szkle, będąc szczerze gotów do przelania własnej krwi, a w końcu - stojąc boso na odłamkach - medytować na stojąco, wspierając jedyną wiarygodną religię, jaka nie wymaga de facto rzezi.
Mniej więcej w tym momencie podeszła do niego Straż Miejska, zaniepokojona tłuczeniem szyby (chociaż on był bardzo uważny, by szkło nie poleciało na ludzi); Marek nie przerywał sobie medytacji, więc umundurowani panowie stali dłuższą chwilę z dość głupimi minami. Usiłowali pociągnąć go do odpowiedzialności za stworzenie zagrożenia uszkodzenia ludzi lub mienia (-enia, -enia), lecz w tym momencie z publiczności wysunął się jakiś dwudziestoparoletni facet, pokazał odznakę i powiedział: -Oni są ze mną.
Straż przeprosiła i poszła won oraz nigdy nie wróciła.
Faceta widzieliśmy wtedy pierwszy raz na oczy. Po prostu spodobał mu się happening.
Po tym wydarzeniu artystycznym zgodnie poszliśmy na piwo do Ósmego Grzechu. Marek cały czas był w zakrwawionej koszuli.
Niedługo potem zamknięto tę knajpę.

31.5.09

Zawsze to samo

Nienawidzę tego momentu, gdy splendid isolation zmienia się w disgusting alienation. I niepotrzebnie go sobie zafundowałam.
Nie, właśnie potrzebnie. Drugi raz nie wrąbię się w sytuację wyjazdu integracyjnego bez ludzi, których dobrze znam i lubię (dwa wyjątki pod postacią Mińka i Ewuni to za mało).

Za to w pracy jakby, odpukać, nie najgorzej. Maj zakończyłam z normą na mocne A. Do tego objawił się mój talent, który roboczo określono jako zdolność do wynajdywania wałków.

Jeden z nich to połączenia spod numerów +88 213 ** ****. Trafiła mi się reklamacja z długim połączeniem na ten numer, którą chciałam rozpatrzeć przyjazną polityką (kwota była rzędu półtorej mojej pensji). Zaczęłam drążyć i wynalazłam, że numery spod tych zakresów dzwonią losowo na telefony komórkowe. Zasada jest prosta: wspomniany numer puszcza sygnał, niezorientowany użytkownik oddzwania, wbijając się na serwis typu randkowego. Połączenie, przeciwnie do polskich numerów premium, nie jest rozłączane automatycznie, więc zyski są duże, dzielone przez operatora użytkownika i właściciela numerów z tych zakresów (według ostatnich ustaleń był to włoski operator satelitarny Intermatica). A połączenia są drogie, mój abonent zapłacił blisko 9 zł za minutę. Błędu po stronie sieci nie ma, ale praktyka stosowana przez owego włoskiego operatora, "missed call scam", nie jest uczciwa.
Nie wiem, na ile się do tego przyczyniłam, ale kilka dni temu moja rodzima sieć zablokowała abonentom i użytkownikom połączenia na numery ze wspomnianego zakresu.

A wczoraj się dopatrzyłam, że jest wałek z aktualizacją oprogramowania G1, ale to już drobiazg, do skorygowania przez IT.
Oraz niechcący narobiłam rabanu przy podejrzeniu nadużycia, wskutek czego Miniek opierdolił kogoś, kto jednak zrobił dobrze. No nic, ja będę wiedzieć, że moja pożal się boru detektywistyczna żyłka nie zawsze oznacza nieomylną intuicję, a Michał się nauczy, by aż tak mi nie ufać. Przynajmniej nie w pracy.

16.5.09

Zlot Lobby Biuściastych

Generalnie - fajna idea dla tych, które chcą sobie poprzymierzać nie znając jeszcze za dobrze swojego rozmiaru. Było w czym wybierać, zwłaszcza że prócz bielizny było też stoisko z biżuterią i ciuszkami Biu Biu.
Ja miałam jeden upatrzony staniczek, który koniecznie chciałam spokojnie przymierzyć, bo wypadał mi jakoś inaczej niż normalny rozmiar. Udało się, mam eleganckie czarno-fioletowe flamenco do większych dekoltów. Będzie pisk pod koniec miesiąca z kasą, rzecz to pewna. Obmierzyłam Joaśkę i nawet jej już coś znalazłam na allegro, zaś Kotbert, Karolina i Breble obkupiły się również w bardzo fikuśne bluzeczki Biu Biu. Sama kupiłam sobie miłe czerwono-czarne kusidełko przedwczoraj w Colosseum i oczywiście nie byłam jedyna w tej bluzce - żeby było zabawniej, dziewczę było bardzo zbliżonych rozmiarów, a wręcz niższe ze względu na mój lans na chybotliwym obcasie.

Nie tryskam entuzjazmem z dwóch powodów: primo, ciężko było się dopchać do przymierzalni (mnie to nie przeszkadzało, byłyśmy same baby, ale w pewnym momencie wygłosiłam jednak nabrzmiałe w znaczenia zdanie "Wiesz, Aśku, jednak włożę coś na siebie, bo się czuję dziwnie goła bez stanika); ale Joanna czy Karolina nie są zwolenniczkami machania gołym cycem. I, secundo, było dużo nas i dużo wszystkiego, a ja chyba ostatnio mam obniżoną odporność na rzucające się na mnie bodźce. Ewentualnie epizod depresyjny. Ewentualnie PMS. Ewentualnie bierze mnie jakaś bakteria czy inny wirus i reaguję nieco smętniejszym nastrojem.

Jutro zaś maraton mBanku, w którym biegnie brat Breble i mąż mojej kuzynki, Jassen. Wypadałoby pokibicować. AccuWeather twierdzi, że będzie humanitarniej niż dziś (przeważnie pochmurno, 12 stopni), a panowie biegną po mojej ulicy, więc pewnie wykrzesam z siebie tę odrobinę wysiłku.
Tymczasem idę sobie zrobić sałateczkę z fety, suszonych pomidorków, makaronu i salami na poprawę nastroju.

później
Poprawiła. Do tego trzy gorące kubasy czarnej herbaty z imbryczka i "Zmierzch" Stephenie Meyer jako mile odmóżdżające czytadełko.
"A to, co ma znaczenie, to wycie w moich żyłach za wszystkim, co nie chce się stać".

29.4.09

I ain't happy, I'm feeling glad, I've got sunshine in my bag...

[Edycja po długim czasie: tych, którzy wpisali tytuł tej notki w google i trafili do mnie, informuję, że to z Clinta Eastwooda Gorillaz. Po kliknięciu w nazwę zespołu zapoznacie się z tekstem i teledyskiem]

Bez powodu. Cudownie jest, słońce jest, powietrze jest, sierści własnej do otulania się w - niewiele, obca tylko pod kocią postacią i chwilowo nic nie zapowiada zmian.

Jutro koncert KNŻ, pojutrze jakaś rodzinna imprezka (ble!), potem zaś dwa dni spania do 11:00, chyba że znów wyknujemy jakąś rowerową wyciekę.
Poza tym mam dwa Pratchetty do czytania do poduszki (dzięki promocji w empiku w cenie jednego). I śliczną zieloną bluzeczkę. Takie drobiazgi, a też cieszą.

21.3.09

Banalny wpis o wiośnie

Tytuł dla zmyły. Niewykluczone, że będzie banalnie, ale wiosnę humanitarnie pominę.

Nagromadzenie królictwa doświadczalnego zaowocowało refleksją, że może kiedyś, z czasem, postępem i osiągnięciami, uda mi się wylądować jakoś w pobliżu HR. Bo przecież to, że w tak niedużym odstępie czasu zgłosiło się do mnie dwóch nie znających siebie wzajemnie facetów chcących ode mnie informacji zwrotnej na temat ich prezentacji wobec przyszłego pracodawcy, świadczy o tym, że gdzieś tam, czort wie, w jaki sposób, wykazuję cechy, które pozwalają im mniemać, że moja ocena będzie szczera i życzliwa.
I o ile w przypadku Walusia wiem, że to było poniekąd częścią jego planu: żeby przed tą oficjalną prezentacją złapać jak najwięcej informacji od jak największej ilości osób, o tyle w przypadku J. wiem, że wybrał mnie świadomie i nawet dobrowolnie.

Cenię kolegę J. Jest z tych głośnych, ekstrawertycznych, mocno asertywnych z lekkim przechyłem ku agresji facetów, którym najlepiej w czarnych ciuchach, glanach i w czymś, co dobrze jeździ z ładnym klangiem. Poniekąd typ Motłoha, ale dużo lepiej skomunikowany ze swoimi emocjami. Przeszedł terapię, jak ja, z tym, że jego staż jest blisko ośmioletni.

Myślę, że koleżeństwo z nim jest tym bardziej cenne, że kiedyś należał do grupy tych, którzy po szczeniacku mierzyli wartość spotkania ilością spożycia. Coś, co mnie się już teraz nie mieści w głowie, a jednak sześć lat temu było całkiem wykonalne: -Dobrze się bawiłaś? -Tak, wypiłam cztery warki strong.
Teraz oboje wiemy, że był to jeden z objawów koncentracji na alkoholu, przynależny naszej chorobie, która przecież miała również cechy zakochania w tych pieprzonych procentach. Wszak dialog: -Dobrze się bawiłaś? -Tak, był Tomek. - brzmi całkiem naturalnie, prawda?

Dodam jeszcze, że w naszej kulturze szalenie szkodliwy jest mit przeklętego artysty, który musi pić, by czuć ten, jak mu tam, ból istnienia, i dzięki niemu tworzyć. Brzmi to w chuj romantycznie. Taki słowiański rozmach, z zapalaniem cygara sturublowym banknotem i żłopaniem szampana w pozycji stojącej na parapecie tyłem do otwartego okna.
Tylko ten mit jakoś pomija to, co nazajutrz. A nazajutrz zarzygane bety, smoczysko straszliwe obok w łóżku, sklejone powieki, łomot pod czaszką i gonitwa myśli: co z tego, co pamiętam, się wydarzyło, a co było delirycznym snem?
Nikomu, szczerze i życzliwie, nikomu tego nie polecam.

11.3.09

Co cenniejsze

Mdławy smak niechcianego zwycięstwa czy gorycz porażki?
Czasami chciałabym być mniej racjonalna i bardziej doceniać te zwycięstwa. Tymczasem mam permanentną świadomość, że im więcej kolapsów, tym większa szansa, że kiedyś tam, przynajmniej w sferze kontaktów z drugim człekiem doprowadzę empatię i wpływ na niego do perfekcji.
Zatem dobrze, że trafił się kolejny. Drobny, rzędu nieodpisania na ważnego SMSa. Ale przynajmniej mam o następne złudzenie mniej.

10.3.09

Religa nie żyje, Samson nie żyje, cała nadzieja w House'ie

Wiem, kpię ze śmierci, a to nieładnie. Ale od kiedy ja się tym przejmuję?

Podczas wymiany mejli z telemarketingiem, komentujących głównie pogodę, objawiającą się padaniem jakiegoś gówna z jakimś gównem, ustaliliśmy, że nasz świat to kula śniegula, którą ktoś czasem potrząsa. Ale zasadniczo jest ona przyciskiem do papierów.

Wolę nie zadawać sobie pytania, co jest w tych papierach. Ale wizja mnie urzekła - jest w niej coś z "Czarodzicielstwa".

Poza tym euforia weekendowa ze mnie opadła i mam aktualnie nastrój z cyklu "niech mnie ktoś przytuli".

2.3.09

Poniedziałki śmierdzą

Good news: Pierdolec is back, z wymienioną pytą gówną.
Bad news: ja tej koleżance H. kiedyś urwę łeb przy samej dupie, nasikam do szyi, zrobię sobie obrożę z jej jelitka i implanty z jej wątroby. Dawno mnie tak nikt nie wkurwił jak ona dziś: dzięki temu, że nie raczyła mnie poinformować, że roboczą niedzielę miałam wczoraj (a była odpowiedzialna za przepływ informacji na temat marcowego grafiku) musiałam wczorajszą nieobecność w pracy pokryć ostatnim uenżetem. Dostanę niestandardowy urlop, gdy mnie najdzie na wolny dzień, ale to pipczysko nawet nie potrafiło przyznać się do błędu i mnie przeprosić. 

A teraz zobaczymy, jak sobie AdSense poradzi z reklamami przy takiej treści posta.