Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziwa w zbiorkomie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziwa w zbiorkomie. Pokaż wszystkie posty

1.3.11

Znienacka nadszedł marzec i mój coroczny urlop na przedwiośniu, na który zaplanowałam generalne porządki (dobre, dobre!), dokończenie analizy i doczytanie Dawkinsa (i być może Hitchensa, jeśli uda mi się go pozyskać w jakiejkolwiek polskojęzycznej formie).

Urlop zaczął się wyprawą do Torunia, w którym zaznałam Vaubana z żoną oraz Anutka. Względem Anutka był uknuty niecny plan uwzględniający wręczenie prezentu - wygląda na to, że jej się spodobało. Co do Vaubana i żony, z przyjemnością stwierdzam, że choć nie widzieliśmy się od czterech lat, nadal mamy mnóstwo, a nawet więcej, tematów do omówienia. Internet to jednak potęga w dobieraniu znajomych pod kątem zbliżonych poglądów na świat i całą resztę.

Dni wolne upływają mi leniwie, porządki ograniczyłam do potagowania wpisów na blogasku i wygarnięcia kilkudziesięciu książek z sypialni (na co komu trzydziestoletnie książki o dziewiarstwie, ja się pytam: mama już to wszystko umie, ja się nie nauczę z obrazków, leżą i blokują półkę, na której mogę sobie ułożyć Pratchetta i Brzezińską). Dziś szykuje się spotkanie i bardzo się na nie cieszę, ale najpierw przyhejterzę z lekka.

Mój stosunek do MPK przeszedł pewną przemianę. Od szalejącej nienawiści połączonej z pseudoanarchistycznym "nie będę płacić tym brakorobom" przez "no dobra, będę płacić, bo postawa roszczeniowa niepłacącego klienta jest cokolwiek słaba" po "a może być tak pięknie". Niemały wpływ na tę ewolucję ma fakt rosnącej sympatii do starych tramwajów, które, no cóż, są po prostu ładne. Generalnie zbiorowa komunikacja szynowa budzi mój aplauz i jestem zdania, że im więcej, tym lepiej (o warszawskim metrze i głosie Ksawerego Jasieńskiego już nawet nie wspomnę, bo wyć się chce). Słowem, zimą byłabym bardzo wdzięcznym pasażerem, gdybym tylko miała możliwość dojeżdżać do mojej pracy tramwajem.

Niestety, zakład pracy mieści się w zachodnio-północnych rubieżach Łodzi, w pobliżu Kochanówki, czasem sarkamy, że to dobre sąsiedztwo zresztą (niełodzianie niech sobie wygooglają). Aktualnie z mojego miejsca zamieszkania bezpośredniego tramwaju nie mam. Autobus owszem, przystanek bardzo blisko domu, równie blisko zakładu pracy, więc zimą nim jeżdżę. Z nadejściem cieplejszej pory pewnie znów przesiądę się na rower.

Trasa, którą jeżdżę to trafnie zaobserwowane kiedyś przez Bimbo circle of life: szpital, szkoły i cmentarze. O mojej stałej porze nie ma tłoku, jeżdżą na niej głównie ci sami ludzie, których twarze rozpoznaję i od pewnego czasu nawet pozwalam sobie na porozumiewawcze skinienie głową. I jakkolwiek w upały wolę autobusy typu rozjęczany jelcz (bo przewiewne oraz derma na siedzeniach nie wchłania potu i innych wydzielin czy wręcz wydalin), to zimą widzę tylko ich jedną zaletę: pojedynczy rząd krzeseł, dzięki któremu nie muszę siedzieć obok kogokolwiek i narażać się, że ktoś mi lurka w telefon plus dodatkowo chucha czosnkiem.

Tu offtop: uwielbiam czosnek w kuchni. W połączeniu z curry jest absolutną ambrozją. Ale, na bora liściastego, ile tego cholerstwa trzeba zeżreć, żeby śmierdzieć nim po całości, nie tylko oddechem, ale i całym ciałem? Ludzie w autobusach zimą generalnie nie pachną: a to przycapią naftaliną z futerka z mysich picek, a to wioną zeszłorocznym potem spod ortalionu, a to chuchną tym, co łyknęli dla rozgrzewki. Mieszanka kulek na mole, potu, przetrawionego alkoholu i wypoconego czosnku - welcome to Bolanda, psiakrew. A palę od blisko dwudziestu lat i naprawdę, naprawdę węch mam mocno przytępiony. Odmawiam rzucenia palenia z uwagi na powyższe.

Zimą rozjęczany jelcz polega na zakuciu biednego pasażera w lodową trumienkę, silnie przewiewną, w przypadkach ekstermalnych z bonusowym opadem atmosferycznym wewnątrz. Człowiek, czyli Szpro jedzie, waha się zdjąć rękawiczki i wyjąć ręce z kieszeni, bo grabieją. I nawet nie przypędzi na białym koniu królewicz z kontrzaklęciem, no znikąd pomocy. Ja naprawdę wiele rozumiem: taboru nie ma i nie będzie, bo nie ma pieniędzy. Ale wieźć pasażera w nieogrzewanym autobusie przy minus piętnastu na zewnątrz to są jednak niezbyt wyrafinowane tortury. W XXI wieku, rozumiecie. W środku Europy!

Kwestię ściągalności opłat za bilety, która wszak przekłada się na skromny empekowski budżecik mogłabym zostawić, ale jednak trochę się przyczepię: między Ustką a Słupskiem kursują autobusy po bodaj 2,50 za kurs, czasem są to nawet double-deckery i mieszczą w sobie ludzi tłum, zaiste większy niż moje 87 podczas kursu 8:09 z Julianowskiej. Pomimo tego przez ów tłum przeciska się miła panienka z podręczną kasą fiskalną i kasuje każdego pasażera za bilet. Pewnie są tacy, którzy przejadą bez uiszczenia opłaty, ale są to wyjątki. Można? Można. U nas póki co idą zmiany, i dobrze, ale efekt poznamy pewnie w perspektywie lat kilku. A autobusy niskopodłogowe sypią się już.

Potępiam to wszystko nie do końca bezinteresownie: wprawdzie pewnie najdalej za miesiąc odpalę Calinę i pomknę przez Berlinek i Teofilów nie zważając na to, czym wozi ludzi MPK, ale wiele wskazuje na to, że cykl pór roku odpracuje, co swoje i w pewnym momencie temperatury znów spadną poniżej dziesięciu stopni, a ja znów wsiądę w autobus. I co wtedy? Ja chcę, żeby było lepiej wtedy.

30.1.11

Dewastacja i demoralizacja

Prawdopodobnie pojadę w tym wpisie Radkowieckim, ale mogło być gorzej i mogłam się wzorować...! na...! Kalicińskiej...!

Ostatnimi czasy, to jest trzy kolejne weekendy z rzędu - a zatem już z pewną tradycją - zdarzyło mi się spędzać czas w stolicy. Efektem tych spotkań jest kilka fajnych znajomości, co do których mam nieśmiałą nadzieję, że będą trwać. Powroty, jak łatwo się domyślać, odbywają się w atmosferze pogrążenia we wspomnieniach. Dopiero dziś jakoś bardziej rozejrzałam się po współpasażerach i być może ze zmęczenia (padłyśmy dobrze po 3:00, by obudzić się po 9:00) poczułam się odklejona od otaczającej mnie rzeczywistości jak znaczek na deszczu.

To, że wybrałam sobie miejsce obok dziewczyny z kontenerkiem to była moja wina. Przypuszczalnie zagrał łańcuch skojarzeń: kontenerek = kot = lubięto. W kontenerku jednak nie było kota, lecz całkiem urocza wizualnie fretka. Niestety - olfaktorycznie wdzięku nie miała za grosz.

Potem w pole mojego widzenia wpadł młody mężczyzna, o którym od razu pomyślałam, że bardzo miły, ładny chłopiec, tylko dlaczego zapuścił sobie wąsy bez brody? Odpowiedź przyszła po chwili sama: otóż chłopiec był tatusiem i chciał sobie w ten sposób dodać powagi. Wyszło dość średnio, bo zarost miał co drugi wystąp. Latorośl zaś była przerażająca nadaktywna ruchowo, biegała po całym wagonie, siejąc bułczane okruszki, właziła z butami na siedzenie, wspinała się tatulkowi na kolana, by po chwili zsunąć się z powrotem i ponowić przelot między siedzeniami. Na szczęście miałam słuchawki i nie słuchałam jej szczebiotu. Na jeszcze większe szczęście wysiedli w Żyrardowie.

W Żyrardowie przez nasz wagon przeleciała grupa składająca się z chudziny na pajęczych nóżkach i, prawem kontrastu, dwóch gangsta bojówkarzy, z których jeden tulił do klaty maskotkę Małego Głoda wielkości niemowlęcia, co spowodowało mój szaleńczy zachwyt. Prawdziwy macho jest trzykroć bardziej tró, jeśli przytula coś pluszowego. Za nimi jednak wtoczyła się pani, która prawdopodobnie słyszała o tym, że moda wraca co 20 lat, w związku z powyższym przedstawiła stylówę z początku lat 80. Oczywiście degustibus i blabla, ale jestem przekonana, że pomimo całej obciachowości lat 80. nawet wówczas nie lansowano sfilcowanych, wełnianych gieterków, sraczkowatych botków z ortalionu, zaś papasze z baranicy i kożuchy z kawałków były tylko chwilowym i dość rozpaczliwym krzykiem mody. Pani miała to wszystko. Papaszy nie zdjęła do końca podróży, mimo że w pociągu grzali od serca. No okej, nie bardzo miała gdzie ją powiesić.

Wsiadła też śliczna, ruda (i to chyba naturalnie) dziewczyna, od której z dużą niechęcią odrywałam wzrok.

Potem zaś nastąpiły Skierniewice i pan, który mnie zdewastował. Zaczynając od góry miał również papaszę, baranica w kolorze black. Następnie czarna kurtka ze skóry cielęcej, z wykładanym, futrzanym kołnierzykiem. Następnie równie czarne, mocno przykrótkie dżinsy. Następnie jasnoszare grube skarpety. Następnie zaś wsuwane mokasyny z wydłużonym nosem a la sztyblety. Ogólnie pan jakimś cudem powiązał styl radzieckiego cinkciarza z piosenkarzem country. Leningrad cowboy, jak pragnę dobrobytu. Jednak najtrudniejsza w tym wszystkim była mina tego pana, bowiem wyglądał tak, jakby ktoś wobec niego zrealizował groźbę "jak cię pieprznę w oczodół, to do zimy nie zamrugasz". Ponieważ jest już zima, pan nadrabiał straty i mrugał, bardzo gęsto mrugał, ale jednocześnie cały czas miał grymas, jakby naruszony oczodół nadal bolał. Wiem, wiem, może pan był po wylewie, miał niedowład, oczywiście należy mu współczuć - co nie zmienia faktu, że przez dobrą godzinę siedziałam jak urzeczona, tknięta lekkim poczuciem krzywdy. Fretka śmierdziała. Pan mrugał. Pani w papasze siedziała w papasze. Ruda była tak śliczna, że miałam ochotę żądać dla niej pokrowca. Pociąg zatrzymywał się po Skierniewicach na każdej stacji. Jedynym światełkiem w tym tunelu do piekła był fakt, że RHCP grzmiało mi w słuchawkach.

Gdy minęła nas stacja Łódź Widzew, pan postanowił mnie dobić i wściekle mrugające, wykrzywione oblicze nieudolnie ukrył za okularami. Okulary były wąskie i zupełnie czarne, trochę w stylu Geodi La Forge'a ze Star Trek TNG.

Wisienką na torcie tej wyczerpującej podróży była pani w tramwaju linii 5, która do futra z norek (ja przepraszam, że tak precyzyjnie o tych wyrobach skórzanych, ale ja córka kuśnierza jestem) włożyła czarny czepek kąpielowy. Po Leningrad Cowboyu nawet już się nie zdziwiłam.

A demoralizację popełniłam na Kurze z Biura, która za moją namową zapaliła pierwszego w życiu papierosa. Ołje.

1.8.10

Tramwajarze jeżdżą nocą

Weekendy w ostatni piątek miesiąca zaczynają mi się godzinę wcześniej. Zasadniczo chodzę do pracy na godzinę 9:00, by o 17:00 dać skowyt log out, log out, log out! - i poczynić dzidę na wschód. Ze względu na Masę Krytyczną i dobre układy z kierownikiem mogę jednak od czasu do czasu przyjść o godzinę wcześniej i takoż wyjść, by na rzeczoną Masę, rozpoczynającą się o 18:00, spokojnie zdążyć.
Piątek był rozmazany i deszczowy, więc do pracy wzięłam autobus, z pracy również, zdążyłam nawet coś zjeść, przebrać się ze trzy razy i wyruszyć w tempie iście kozackim. Lubię być nieco wcześniej, by rozejrzeć się po ludziach, grzecznie się przywitać ze znajomymi i ogólnie polansować się suknią, figurą i sprzętem.
Zanim wyruszyliśmy, lunęło rzewnie. Załomotała we mnie nawet myśl żałośliwa, że mogłam jednak przyodziać kaloszki, które nabyłam wszak z myślą o tym, że ich ruziowe kropy będą mi pasować do Caliny. W ostatniej chwili wskoczyłam w moje ukochane wysokie trampki. Ruszyliśmy w strugach. Deszcz po chwili uznał, że skoro nas i tak nie zniechęcił, to szkoda wysiłku i przestał padać, więc pod koniec trasy miałam tylko lekko wilgotny płaszczyk w ramionach.
Trasa była bardzo przyjemna, bo szlakiem łódzkich fabryk, do tego dość szerokimi i raczej pozbawionymi szybkiego ruchu ulicami - jechało się raźno, równo, spokojnym, masowym tempem; a do tego stara, ziemio-obiecana Łódź w oglądzie - od tego wszystkiego dostałam tak silnego przypływu endorfin, że wcale nie czułam zmęczenia! (możliwe też, że nabrałam formy, jednak ostatnio sporo jeżdżę, ale radochę miałam nieziemską). MK skończyła się ok. 21:00, jak zwykle. Zweryfikowałyśmy jeszcze z Kotbert i Olą, czy najlepsze zapiekanki są na placu Wolności (stwierdzam z mocą, że w Toruniu na dworcu są lepsze, za to hamburgery!) i powrót już pod osłoną nocy, nadal na endorfinowym powerze i tak zwanej ostrej kurwie.
Urodę Szprota można podziwiać w tym oto albumie:
http://picasaweb.google.pl/szprotek/Szprower?feat=directlink#5500060840271133586
Wieczorem, zajrzawszy na fujzbuka, poczułam lekki smętek. Mam otóż ekipę w pracy, do której nieco się garnę, ale że siedzimy w dużej sali w open space dość daleko od siebie, a ja jednak jestem nieco nieśmiała i nie umiem się ot, tak do nich wkręcić, to nie bardzo mam jak nawiązać serdeczniejsze więzi. Ujrzałam, że ekipa się bawiła w swoim gronie i zrobiło mi się żal, że mnie to ominęło. Na wysokości zadania stanął Mąż, który serdecznie zaprosił do siebie na sobotni wieczór.
Mąż nie jest moim prawdziwym Mężem. Jest on Mężem Żony, która również nie jest moją prawdziwą Żoną. W dużym skrócie; z Elaine, na początku znajomości, uznałyśmy, że jest stworzona dla mnie na Żonę i że kiedyś wyjedziemy do Irlandii i będzie mi codziennie piekła brownies. Z biegiem lat plan ten stracił na uroku, ale utarło nam się nazywać wzajemnie "Żono" i miewać swoje małe chwile radości zwłaszcza w towarzystwie świeżo poznanym i nieobeznanym z tą historią. A Tomasz kiedyś z Elaine był, zatem jest jej Mężem. Dalej, jak rozumiecie, sprawdziła się zasada "małżonkowie moich małżonek są moimi małżonkami".
W sobotę, po lapidarnym ogarnięciu mieszkania (zaczynam popadać w lekką przedzlotową paranoję, ale don't worry, choćbym sprzątała dwa miesiące, sterylnie to u mnie nie będzie) uznałam, że czas na tramwaj.
Kino w Starym Tramwaju odbywa się co sobotę przy nieużywanej już krańcówce (przystanku końcowym), gdzie dojeżdża przecudnej urody, stary tramwaj. W środku jest nagłośnienie, ścianka pod projektor i zapaleniec wyświetlający filmy, mniej lub bardziej związane ze zbiorowym transportem szynowym i Łodzią. Tym razem czczenie tramwaju było z większą pompą, bo ukazano nam odnowiony po 11 latach remontu tramwaj "Sanok", absolutnie przepiękny, zielony od zewnątrz, w środku wyłożony sklejką i złotawymi uchwytami, po prostu cacuszko. Pomyśleć, że 80 lat temu te cacuszka były codziennością...!
Z zewnątrz "Sanok" wygląda tak:
picasaweb.google.com/(…)Wydarzenia…
(5 i 6 zdjęcie w Galerii)
Doczytałam się w internecie, że tym razem, z okazji inauguracji "Sanoku" jest planowany przejazd starym tramwajem do Ozorkowa i powrót w środku nocy. Z łaski na uciechę zaproponowałam udział Tomaszowi i oto późnym wieczorem ujrzeliśmy się w pędzącym tramwaju typu 5N, z przygrywającym elektro w odmianie dość dance'owej, średnio znośnej, acz pasującej do atmosfery i głowami wywieszonymi za okno. Obok nas - kolega Witek, któremu przy każdym spotkaniu wypominam, że znam go od 14. roku życia, a który obecnie jest już poważnym wykładowcą i nieco mniej poważnym miłośnikiem starych tramwajów, starego rocka i nieco nowszych motocykli. Prócz tematów tramwajowych, w których jestem laikiem poruszono jednak tak ważkie kwestie, jak różnego rodzaju systemy gier RPG, która muzyka to zło i dlaczego ta bez gitar tudzież portale społecznościowe - zalety i wady z nich wynikające. Dodam pragmatycznie, że całą imprezę opękałam na papierosach, soczku i cukierkach, którymi podkarmiał mnie Tomasz (łiii!).
Przejazd trwał długo, gdyż jak nas objaśnił Witek na tramwajowych imprezach są różnego rodzaju stopy. Był zatem fotostop (chwila dla fotoreporterów), sklepostop (po 23:00 w ozorkowskim społem sklepowa daje od tyłu), fajkostop i sikustop (tych chyba objaśniać nie trzeba). W samym Ozorkowie, w środku niczego, byliśmy tym samym przed godziną 2:00. Tam rozpalono grilla i tramwajowy lud spożył kiełbasy. Witek diabolicznie żuł chrząstki i bluźnierczo wołał musztardy, zaś Tomasz zmienił się w lotofaga i zmysłowo wysysał przyniesione z sobą nektarynki.
Powrót nastąpił nad ranem. Po tak radośnie i oryginalnie spędzonym wieczorze niedziela zaczęła mi się jakoś w południe. Ponieważ pogoda, odpukać, znów się robi upalna, zarządziłam, że wraz z Kotbert udamy się na przejażdżkę rowerową. Trasa w głównej mierze powielała moją drogę z pracy, która uwzględnia zarówno trochę pedałowania po asfalcie, jak i popadnięcie w ostępy leśne. Wycieczka zaczęła się od tego, że Kotbert dostała motylem w twarz, a potem było coraz lepiej. Zgodnie z teorią motyla. Jak ujął nasz wspólny znajomy, Uer, rozjeżdżałyśmy unikalne, postindustrialne tereny rekreacyjne. Tereny te jednak nie były nam dłużne i gdy zabłąkałyśmy się w bezdroża, a za to wielotorza obrośnięte wszelkiego rodzaju chaszczem, najpierw rzucił się na mnie przewrócony słup i huknął w kostkę, potem zaatakowały jadowite mrówy, następnie napatoczył się dół, w który ja wpadłam sobą, a Kotbert rowerem i w końcu wykopyrtnęłam się na jakimś wykrocie, lądując dość miękko, bo w zielsku, ale nie bez uszkodzeń, bo zielsko okazało się być unikalną, postindustrialną jeżyną. Jednym słowem wydostawszy się z tej dżungli byłam bardzo z siebie zadowolonym, zgrzanym jak kurtyzana w konfesjonale, zakurzonym i krwawym upiorem. W bardzo twarzowej chusteczce.
Uznałyśmy po tej wyrypie, że bohaterowie Explorers' Festival to przy nas mięczaki i mogą nam pełzać i lizać!

14.12.09

Postuluję, aby święta były w tym tygodniu

Przydałby mi się odpoczynek.

Przez ostatnie trzy tygodnie odpracowywałam nadgodziny, obowiązkowe dla wszystkich pracowników naszej sekcji. Ot, firma zafundowała prezent na mikołajki. Ale bony też dała, więc nie komentuję tego szerzej.
Niemniej przywykłam do tego, że za trzy piąta robię log out, pędzę na 87, spotykam na przystanku kolegę Radzia, któremu regularnie nie przyjeżdża 83; mówię zaklęcie "no, to teraz może już przyjechać" i wierzcie lub nie, ale przyjeżdża. To musi być jakaś magia, bo gdy Radzia nie spotykam bądź nie wypowiadam zaklęcia, 87 ukazuje najbardziej łódzkie oblicze MPK i przepada w tajemniczych okolicznościach.

Zatem gdy nie było mi to dane, bo to albo zostawałam dłużej, albo przyjeżdżałam wcześniej, a często i jedno i drugie, miałam w sobie małą skrzywdzoną dziewczynkę z ciężką pretensją do świata jako takiego. Jeszcze większą niż zazwyczaj. Doznałam też czegoś na kształt absolutnego szczęścia, gdy po skrupulatnym uzupełnieniu zeszyciku obecności wyszło na jaw, że wspomniana pańszczyzna już za mną.

Szarówa sponurza Szpro. Wstawanie przed wschodem słońca, wychodzenie z pracy po jego zachodzie, wichry porywiste tudzież ołowiane niebo - nic tylko położyć uszy po sobie, wyciągnąć pysk do księżyca i zawyć przeciągle. Nie lubię listopada i grudnia, mimo imienin, mikołajek, gwiazdek i innych prezentowych ewenementów; nie lubię, bo nie ma słońca ni ciepła. Toteż dziś nawet się nieco ucieszyłam na spadły śnieg, boć zawsze to jaśniej. I istotnie, ciut większego powera mam.

Rzeczona szarówa i wzmiankowane nadgodziny niemniej przyczyniły się do nadszarpnięcia moich nerwów i udało mi się wykonać tak miłą awanturkę w pracy, że mój kiero uznał za stosowne podjąć interwencję. Przyjęłam na klatę, zdobną prawdopodobnie w pollyannę i postanowiłam nosić persen w torebce, tak na wszelki zaś. Zyskałam dzięki niej (awanturce, nie pollyannie i torebce) miły kawałek Żywiołaka w telefonie pod wszystko mówiącym tytułem "Dzika femina" (yeaah!) oraz komentarz "To może nie róbmy tej wigilii pracowej, bo jeszcze Kaśka zacznie talerzami rzucać". Do kroćset, jak ostatnio mawia Miau, talerzami pirzgam wyłącznie niechcący.

Tymczasem w weekend szykuje mi się zlot gwiaździsty z udziałem Bimbo, Filifionki i Paulinki, zatem najbliższe dni spędzę na lekkiej tremie i być może nawet - sprzątaniu.

28.6.09

Przy Manu wybija jedenasta

Nie wiem, jak Wy, ale ja zapamiętuję, rzec by można, synkretycznie; olfaktoryczno-akustycznie. Wzrok ma dla mnie pomniejsze znaczenie.

No więc aktualne wieczory będą dla mnie kiedyś pachniały czerwcowymi, deszczowymi nocami, delikatnie parującymi z murów i chodników miasta; przepoconymi siedzeniami w tramwaju linii 16A, kierunek: Helenówek, odjeżdżającym o 22:25 z krańcówki; pasażerami, wionącymi przetrawionym alkoholem, fajkami, czosnkiem, cebulą i mniej lub bardziej skutecznymi dezodorantami; moim własnym Pure Poison (urzekła mnie ta nutka bergamotki). Będą też brzmiały bełkotem rozmów "Andrzej był porządny gość, mimo że nie pił" "Ona zaczęła się modlić i wyobraź sobie, rak jej się cofnął", "Następny przystanek: Zachodnia - Manufaktura", ćwierkotem i charczeniem dzwonków w komórkach, pipczeniem sygnału rychłego zamknięcia drzwi, syrenami służb porządkowych. Wizualnych wrażeń jest stosunkowo najmniej: wtulam nos w swoje G1, czytam grupę, dopisuję wrażenia; od czasu do czasu w obręb mojego wzroku wejdzie ktoś, kto zechce skorzystać z drzwi za motorniczym, u mężczyzn spoglądam na buty, u kobiet na staniki. Rzadko miewają dobrane. Obie płcie i oba elementy garderoby.
Manufakturę mijam istotnie około 23:00, co rozpoznaję głównie po tym, że sygnalizacja uliczna zaczyna mrygać na żółto.
Mam świadomość przemijalności tych wieczorów: kiedyś zrobi się chłodniej i mniej będzie mi się chciało pokonywać tę kilkunastokilometrową trasę wieczorami; może przestanę tak lgnąć do Miau (nie analizuję tego - widocznie samotność mi jednak doskwiera bardziej niż sama przed sobą jestem gotowa przyznać), może stanie się jeszcze coś innego. Tym bardziej chcę zacisnąć rękę na ich nieuchwytności. Może mi się po trosze udało?

Od dziś mam urlop. Zaczął się masakrycznie, zbuntował mi się organizm i zareagował takim bólem, że prawie zemdlałam, ale potem było tylko lepiej: Festiwal Dobrego Smaku w Manufakturze i wieczór, którego zakończenie starałam się powyżej opisać. Na dysku czeka na mnie drugi sezon "L Word" - zaczeka do jutra, dziś już mam ochotę popłynąć w sen.

Aha, przy okazji ogłoszenie szprotkaniowe: za dwa tygodnie mamy w Łodzi wizytę b00g13go.

9.5.09

Nocny 2:30 i Narraganset

Nocne. Autobusy nocne w Łodzi kilka lat temu przeszły rewolucję, którą powitałam z pewnym niesmakiem.
Wcześniej miałam w swoim kierunku trzy. Wyjście na przystanek po północy wiązało się z co najwyżej kwadransem czekania, więc sobie wracałam po szprotkaniach do domu właściwie nie zauważając różnicy w godzinie.

Aktualnie również mam trzy, ale wszystkie nocne odjeżdżają ze specjalnej strefy przystankowej o pełnych godzinach i o wpół do. Z jednej strony wygodne, bo człowiek nie musi się specjalnie koncentrować na porze odjazdu autobusu (dla mnie i wcześniej to nie stanowiło problemu, ale z niechęcią uznaję fakt, że w tym mieście mieszkają inni ludzie w innych dzielnicach z gorszym dojazdem). Z drugiej strony, nie lubię tego postoju przy strefie przystankowej. Jak się nie zdąży, trzeba czekać ponad 20 minut. I się człowiek niecierpliwi. Tworzą się grupy, mniej lub bardziej znietrzeźwionych i tak mi chodzi po głowie, że w atmosferze tego nerwowego wyczekiwania na autobus, przy rozluźnionych alkoholem nerwach jakby łatwiej o awanturę. Na porządną nadziałam się szczęśliwie tylko raz, rok temu.

Wczoraj - spotkanie z czterema Ewkami, z których w zazębiających się zbiorach dwie, z którymi byłam na studiach i dwie, które są parą. Była jeszcze Kasia. Nie wiedzieć czemu nie miałyśmy problemów ze spamiętaniem swoich imion. Po początkowych plotach w pizzerii Ewy postanowiłyśmy ruszyć do Narragansetu.

Narra jest klubem, o którym mówi się podekscytowanym szeptem (choć mam wrażenie, że w mniejszym stopniu niż kilka lat temu), że tam...! przychodzą geje...! Knajpka wobec powyższego ma egzotyczną otoczkę w klimacie ogrodu zoologicznego. Zważywszy stojącą na parkiecie klatkę, ma to nawet swój sens.
Szprot wychodzi z założenia, że jak się było w Amsterdamie podczas Gay Games, to widok takiej czy innej pary nieszczególnie szokuje. Nigdy nie zapomnę pierwszego wieczoru w Amsterdamie: wysiadamy z busa, obok nas klasycznym chmielewskim świńskim truchtem przelatuje trzymając się za ręce kilkanaście męskich par - obejrzałam się za pierwszymi dwoma - po chwili podchodzi do nas osobnik tureckiej proweniencji, pytając teatralnym szeptem "hashi, hashi? cocaine?", a jeszcze w chwilę później w przeciwnym kierunku przedefilowuje obok nas parada bosych transseksualistów...
Poza tym znam Ewkę, znam jej przyjaciół, jak to kiedyś jeden z nich określił, z orkiestry i już dawno doszłam do wniosku, że jedną z głupszych rzeczy, jaką ludzie robią, jest ocenianie kogokolwiek po zwyczajach w wyrku. Na chwilę obecną interesuje mnie to jedynie wtedy, gdy wobec takiej osoby sama mam wyrkowe plany.

No to poszłyśmy do Narra. Głośno. Muzyka Eskowa. Przyjemnie luźno na parkiecie, pary przeróżne, także mieszane. Swobodna atmosfera, jakoś łatwiej się podłączyć do tańczących bez wrażenia wcinania się między wódkę a zakąskę. Generalnie do tańca klub rewelacyjny, do pogadania niekoniecznie, nie wiem, jak z cenami. W każdym razie obmacujących się radośnie gejów nie było, nie było również przystawiających się lesbijek w typie butch ani orgii z elementami ukarminowanych sutków i skórzanych kozaczków. Nici z egzotyki jednym słowem! Ale za to sobie potańczyłam i twardo zapowiedziałam, że się piszę na powtórkę.

25.3.09

Wczorajszy fart wyczerpał limit

Trwają ustalenia, na jaki okres.
Rzadko jeżdżę bez biletów. Wychodzę z założenia, że dopiero, gdy płacę za przejazdy, mogę sobie pozwolić na luksus roszczeniowej postawy wobec mpk, bo klient, który nie płaci, a wymaga, jest żałosny (siedzę teraz w pobliżu działu obsługi płatności; zadziwiające, jak wielu klientów nie rozumie tej idei). Inna sprawa, że na ogół tej postawy nie muszę wykazywać, bo na trasach, na których najczęściej się poruszam - linia 87 i 16 - jakoś to wszystko jeździ zgodnie z rozkładem i w niezłym stanie technicznym. Ostatnio raczej zabawiam się więc obserwacyjkami pasażerów, których twarze niekiedy już rozpoznaję. Dziś rozczuliła mnie panna Mam Dżezi Różowe Botki i pan Właśnie Uciekłem Z Safari. O nich może innym razem.

Rzadko nie znaczy nigdy. Zdarza się to wyłącznie wtedy, gdy stając na przystanku nagle stwierdzam, że zapasik biletów spotkał swój antyzapasik i anihilował, a do odjazdu autobusu jest zbyt mało czasu, by podbiec do Żabki, gdzie być może natrafię na kolejkę, a z całą pewnością na miłą sprzedawczynię płonącą chęcią pogawędki. Tak i wczoraj się stało. Zaś już na przystanku czujne oko byłej notorycznej gapowiczki wyłowiło parę, która patrzyła mi na kontrolerów.

Dacie wiarę - nie podeszli, a czesali autobus rzetelnie. Stanęłam w przegubie, odpaliłam dżimejla w komórce (ja chcę g1!!!) i zanurzyłam się w odmęty list dyskusyjnych, kanarki przebiegały to w jedną, to w drugą, nie zawiesiwszy ani pół oka na mnie. Wysiedli po złapaniu kogoś innego na bodaj trzecim z kolei przystanku.
Uznałam, że wobec tego mam zajebistego farta, a że kumulacja, zagram w totolotka.
Trafiłam całą jedną liczbę.
Następnym razem pójdę na automaty!