Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hermetycznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hermetycznie. Pokaż wszystkie posty

19.9.09

Wpis długości czterech SMSów specjalnie dla Aarda

Czas podsumować tydzień Mistrzostw Świata w Katastrofach:
Sobota: przyjście na ślub na dwa tygodnie przed jego rozpoczęciem oraz przekrawanie bułeczek i małego palca po ciemku;
Niedziela: cisza przed burzą;
Poniedziałek: zniszczenie niszczarki (zrefillowała się, niestety, więc nie wiem, czy to się liczy);
Wtorek: zrypanie Miau za potworną supozycję, jakobym nosiła białą bluzkę do czarnego stanika;
Środa: okres utajnienia mojej maestrii;
Czwartek: pochwalenie MPK za odjazd autobusu o czasie i w myśl przysłowia, że nic w przyrodzie nie ginie wyłapanie mandatu za brak biletu
Piątek: podczas naduszenia przycisku zamykania drzwi w pracowej windzie wzbudzenie alarmu na cały budynek.
Mam wrażenie, że ilość nadrabiam jakością.

14.8.09

27.7.09

Tripy

"pirdkowanie - ulubione słowo w mojej rodzinie oznaczające stresowanie się, zmiany decyzji, zachowania "chciałabym a boję się" wprowadzanie nerwowej atmosfery - charakterystyczne zwł. w podrózy i zwł. pociągiem i skutkujące np. przybyciem na dworzec godzinę przed odjazdem pociagu, nerwowe przechadzanie się po peronie , pytanie podróznych czy to na pewno ten peron/godzina/pociąg, sprawdzanie x razy rozkładu jazdy, miejscówki i stacji docelowej :)"
by Paulina Galli

Jestem, podobnie jak Paulinka, stuprocentową podróżniczą pirdką. Ale bo:
Raz pojechałam stację za daleko i wracałam do Łodzi z Pabianic.
Raz miałam bilet na Fabryczną, a wsiadłam w pociąg na Kaliską (albo na odwrót?) i musiałam się przesiadać w Koluszkach.
Raz wysiadłam stację wcześniej na Żabieńcu bo się jakiś pijak przyplątał.
Raz nie zdążyłam na pociąg mimo że byłam kwadrans przed odjazdem na dworcu.
Raz miałam dwie przesiadki z rowerem...

Po zgromadzeniu materiału badawczego na niereprezentatywnej próbie wychodzi mi, że jestem wcale uprawnioną pirdką.

17.7.09

Wir

Po powrocie z urlopu zastałam na koncie 20 spraw, przy normalnym stanie dwóch w porywach do sześciu. Półtora dnia zajęło mi przedzieranie się przez ten gąszcz. Przy okazji uświadomiłam sobie, że w jednej z nich będę musiała trzeci raz zmienić decyzję. No ale tym razem już naprawdę, naprawdę będzie ona ostateczna. Gdyby historia konta tego klienta była czytelniejsza, nie doszłoby do tej kompromitacji ;]

Ponadto ogłaszam, że to ja się przyczyniłam do tego, że Arni przyjeżdża do Łodzi, a papież złamał nadgarstek.
Łódzcy taksówkarze z jednej z korporacji rozdają pasażerom wizytówki sławiące ich usługi. Na odwrocie tychże zaś są wynotowane ważne telefony: alarmowe, do prezydenta, do premiera, do papieża, do ojca dyrektora, do gubernatora Kalifornii właśnie, a nawet do Nelsona Mandeli. I otóż w środę testowałam te numery, tak więc to ja zadzwoniłam do Schwarzeneggera i go zaprosiłam do Łodzi, zaś papa Ratzinger biegł odebrać mój telefon, potknął się i doznał uszkodzenia.
Dobrze, że Nelson Mandela przyjmował do piątej...!

12.6.09

Dzień się dobrze zaczął

Z prawej strony miałam wyniosłą i majestatyczną Miau, przykrywającą mnie zaborczo nogą. Z lewej słodko mruczącą przez sen Breble. Z brzega spała Kotbert, która o dziewiątej odebrała telefon i powitała nas słodkim, przerażająco żwawym "dzień dobry!".
Zważywszy, że padłyśmy koło piątej, obejrzawszy "Closer" oraz "Lektora" (recenzje wkrótce), moje powitanie było nieco mniej uprzejme. Szczęśliwie Kotbert węszy podstęp, gdy jestem zbyt miła i moje "spierdalaj" nie zrobiło na niej większego wrażenia.
Słowem: Pidżama Porno Party ogłaszam za udane!

7.6.09

Czartoryski był muzykiem jazzowym...

Astrofotometria to nauka uprawiana przez małych, łysych, brodatych człowieczków, chcących ocenić, czemu Bellucci jest piękna, a czemu inne gwiazdy nie i muszą grać u Tima Burtona. Gabes był artystą, co umarł w nędzy i rozpaczy. Z substancji produkowanych przez bawełnice otrzymuje się bardzo kosztowny tusz do długopisów firmowych mojej korporacji. Izotopowy rozpad atomu dzieli atom na silnie aromatyczne jądro i bezwonne dodatki. I tak dalej...

To bardzo skrótowe pokłosie gry w encyklopedię, było tego dużo więcej. Graliśmy u Luc'a, w przypominającym stare czasy składzie Luc + Nutka, ja, Aard i Iza (wprawdzie nie ta, co wtedy, ale pewne rzeczy się nie zmieniają i ta Iza też przysypiała). Gra w encyklopedię jest prosta w swych zasadach: losuje człowiek hasło, dostaje np. Instytut Agronomiczny i musi wymyślić doń definicję. Jego definicja jest punktowana przez resztę uczestników gry w dwóch kategoriach: inwencji twórczej i zgodności z definicją encyklopedyczną, dlatego wytrawni gracze (jak np. Aard) podają dwa znaczenia, jedno pojechane, by wyłapać punkty za inwencję, drugie zaś zgodne, by zgarnąć także i za trafność.
Smaczku grze dodawał fakt, iż posiłkowaliśmy się encyklopedią Łukasza, wydaną w bodaj 1975 roku.
Brakowało mi tego burzenia mózgu w poszukiwaniu absurdu! Efektem tego było zajęcie zaszczytnego drugiego miejsca. Palmę pierwszeństwa wziął Luc za brawurowe odgwizdanie "Everybody was kung-fu fighting" przy haśle "chińska muzyka".

edit: esp4 Aard: epistemologia.

21.2.09

Wieczór u BrebleBrajtów

Dodam, że wieczór zaczął się sushi w Tokyo barze, w którym obiecującym początkiem była awantura jednej z klientek. No, rozumiem, że nasze rozmowy o tym, że pewnie za chwilę zwolni krzesełko i będziemy mieć gdzie usiąść były trochę nie na miejscu, ale też wrzaski, że co to za lokal, gdzie człowieka wyganiają, aż nawet herbaty wypić nie może, były nieco przesadzone. Ani chybi problem z asertywnością ;] Sushi smaczne, a Mag.gie mimo buńczucznych obietnic zrobienia wiochy jadła całkiem sprawnie pałeczkami.

Dodam, że na Pietrynie całkiem nieźle już grzmiała impreza HollyŁódź Love Story i widać było, że gromadzi niezłą publikę. Powstała nawet teoria, że to na naszą część, gdyż ilekroć idziemy na sushi, odbywa się jakiś festyn na Piotrkowskiej. Ponieważ poprzednio grała zaledwie jakaś Doda, zaobserwowałyśmy tendencję zwyżkową i zgodnie uznałyśmy, że następnym razem uświetni nas Tina Turner pospołu z Tatu i Robbie Williamsem, zaś support zagra im Lenny Kravitz.

Potem już było tylko milej, bo w Cafe Verte zawsze jest miło, obsługa przesympatyczna, a kawałek szarlotki, jaki Breble z Karoliną zamówiły na spółkę okazał się tak promocyjny, że musiałam im pomóc.

Później udałam się zaś do gościnnych BrebleBrajtów na reanimację Pierdolca. Nie powiodła się, co oznacza, że wyeliminowaliśmy problem software'owy. Zatem muszę przeryć mieszkanie, znaleźć kartę gwarancyjną i jednak oddać chłopaka do naprawy. Strasznie długo z tym zwlekałam, ale ci, co mnie znają, wiedzą, że póki nie mam bata nad dupskiem, wszystko odkładam na później.

na zdjęciu Breble ze swoim Pierdolcem oraz Krysią

O 20:00 na Polsacie odbywała się transmisja z koncertu na Piotrkowskiej, więc dotrzymałam BrebleBrajtom towarzystwa w łóżku i zażarcie chłonęłam widowisko.
Oczywiście można było pójść na Piotrkowską i po prostu tam być, ale już pisałam, co sądzę o tłumie i dlaczego. No i nie mogłabym wtedy brać udziału w soczystym komentowaniu szoł.

(o Krawczyku)
Miau: Muszę szybko napisać biografię Krawczyka, bo nie zdążę przed jego śmiercią, bo wyglądał, jak gdyby miał umrzeć soon.

(o Stachurskym)
Breble: 
Wychrypiał niepokornie i ukryli jego kolejną piosenkę za reklamami.
Ja: Nie wiem, co ofiarował swojej dziewczynie, ale chyba sama zabrała mu głos. Bardzo był biedny.
Breble: Może w przerwie zniosą go ze sceny?
Ja: No, Krawczyka już znieśli.

(o Denzelu)
Breble : Pani z chórków DJ Kopytko wygląda tak, jakby znalazła się w mieście, w którym łosie chadzają po ulicach.
I nawet się nie myli.
Ja: To Denzel jest. Ktoś mu kiedyś powiedział, że umie śpiewać i nikt dotychczas nie wyprowadził go z błędu. Tancerki Denzela macają się po zbyt małych miseczkach i wypatrują łosi.

(o Irze)
Ja: O, Gadzio śpiewa przez nos o świata szczycie. Powinien raczej o zatokach. Albo chociaż jednej, w miarę niebezpiecznej.

(o Łzach)
Ja : Teraz będzie Krew i Pot. A na pewno Łzy.

Ja (po reklamie Eski): Facetowi jadącemu z rodzącą kobietą przelatuje całe życie przed oczami. Mnie też. Za chwilę wszak Feel.

(o Feelu)
Miau : Pokonaj się wreszcie, kurwa.
Ja (o Iwonie Węgrowskiej śpiewającej z Feelem): Wyszła kobieta w poduszce i nie śpiewa po polsku.
Miau: Miś z Krupówek.
Breble: Węgorz. W poduszkowcu. Taka metafora.

(o Sokole i Pono)
Breble ( zmasakrowana sweterkiem w romby): O, Kononowicz będzie brałcie w aucie.
Ja: Ty, a co oni tacy starzy?
Breble: Rodzice im szlaban dali i sami w zastępstwie przyszli.

(o konferansjerach, czyli Liszowskiej, Ibiszu i Miśku Koterskim)
Breble: Ta, znowu scenka, pan rezyser się natrudził.
Wyjechali zza wzgórza i oczom ich ukazał się las.
Ja: Jebisz podniecił się recytacją Miśka.
Breble: Jebisz coś brał.
Miau: W latach 84- 88 brał mleko, sam się przyznał.

(o Alicji Węgorzewskiej, śpiewaczce operowej wykonującej I will always love you)
Breble : O, teraz węgorze bez poduszkowca.
Miau: Alicja ogłuchła.
A nie, playback wysiadł.
Breble: W końcu ryby głosu nie mają.
Ja: Alicja milczy. Jebisz wpada w panikę.
Miau: O, Jebisz zapanował nad tłumem.
Hitler, kurwa.
Ja: Alicja szepcze basem. Z nadwiślańskim, dodam, akcentem.
Breble: Kurwa, szkoda że mnie na żywo spod prysznica nie puścili. Kurwa, jej głos łamie się łatwiej, niż lód na Wiśle.

(o Video)
Ja: London Beat dał radę. Teraz zespół Audio. Nie, Video.
Breble: Bardziej video, jak się wyłączy fonię to nawet można znieść.
Ja: I, nie wiedzieć czemu, krzyczą na publiczność: RĘCE! Mam złe przeczucia.
Sztuczne futerko strajks bek. Z naciskiem na bek.

(o Arturze Chamskim)
Ja:  Cham na chórki i śpiewa również po nadwiślańsku. Angielski bowiem to to nie jest. Śpiew zresztą też nie. Ma zadyszkę.

Chyba założymy jakiś własny odpowiednik ZCzuba z takich imprez!